wyprostowany szpak

wyprostowany bez odpowiedzi
kurz śpi na talerzu i pogrzebie
każdy punkt widzenia jest tak samo dobry
mielony
kotem
kalafiorowe madonny w doniczkach tv
żal do czyszczenia zdrętwiałych wyobraźni
lotnisko
do mądrości się przytrafia
czarne plamki na liściach klonowych
na odludnej wyspie
z turkusowym kamieniem
pęcherz moczowy o gładkich zarysach
masło się stara
idiota wyje pomidory
twarzą ostemplowany
drapieżny zemdlał tygrys
niewyklepany przez otoczenie
bez parasola
kolejne dziecko utonęło w strumieniu
w kolorze ukrytym
w locie
w kierunku macicy
dziecko i narośl
najeżony
wąs wchodzi do rzeki wraca zadbana kukurydza
nurek składany nikomu
szczur
gigantyczny
na szczycie wysokiego źdźbła trawy
piła olbrzyma weryfikuje
szczudeł tupot
widząc że nie ma nikogo
w powiększeniu
piłkarzy chorych na aids
alpinista w futrze na antenie
kobra
zajebiście ubrani robotnicy wychodzą z fabryki
papieża
nietknięty
bóg nie do oderwania od wszy
pod wpływem oczywistego cudu
szczur szczurowi proboszczem zamawia frytki
w przebłysku samotności
paznokieć
o ośmiu wargach
gdzie popadnie
porostnica wielokształtna
mgłą
przemieszcza się kura olbrzyma
tajny piorun ostrzy mocarstwa
słowa wdychają się przez inne
nie ma sposobu na to co dzieje się tylko raz
potwór przysięga
w każdej postaci
zawsze nas coś omija
szklany
rozpędzona do prędkości 28 000 km na godzinę
każda rzecz jest żadna
w trakcie inspekcji stepów ateńskich
w klatce
najważniejsze to zwłoki nieistotnego
dziś to baśń bez dna
obsesji
fryzura bez kierowcy
sową
na antenie
bez kolców
teofan grek maluje koronkowe majtki
larwa
but cebulowy nerwicy
osioł
kura lepka kangur przewrócony władza drań
szpak w puszce wieczór nietknięty
pyskaty
wyje
dozgonnie powleczony nadzieją
biegnie
za pomocą gdyby
człowiek nie do oderwania od smyczy
karaluch
audrey hepburn siedzi przy pustym stole
z ręką na sercu
ze stali niepojętej
świat nie do oderwania od wzroku
mężczyzna leży płasko na brzuchu kobiety
sromotnik bezwstydny
czas się spieszy bo się spóźnił na lekkość
w trakcie obojętności
w kropli
głaz bezgłowego pilota szkoli
niepodłączony
wyzwolony
oby bozia dał
wielkości za późno
innego ratunku nie ma
w czeskiej wiosce
biegnie przez grząski jesienny las
pomachajcie tatusiowi
paryżanka
jedno jest pewne
w trakcie przedrzeźniania mew
wszystko się wyjaśni po czasie nikomu
nigdzie dociera wszędzie przed czasem
każdy się rodzi we własnej przepaści
w czerwonej pieczarze
w trakcie paraliżowania strachu maślanką natchnienia
powraca
nagi bez klucza
na linii lewki – hajnówka
obywatele istnieją by służyć państwu
łotr na apostole uchylając powiekę
na połamanym krześle
na sam widok pruskiej piechoty w żelaznym spokoju ruszającej do ataku
kominiarz bez ćwierci
w przebraniu
smród to marka gówna uśmiech człowieka
rekin
w trakcie włamywaniu zębów
szklany krokodyl pięknieje w popłochu
obelga całkowicie naprężony w wodzie
ciemniejący w światło
szyja inwazji krocze
kto zdechnie wcześniej?
albrecht dürer płynie na zelandię
w rzeczywistości
mucha
do przekręcania słów w niewidzialnych zamkach
lotnisko rozsypane mucha wyzwolony
chuj odziedziczył naród
życie to nic z tych rzeczy
w trakcie zaciągania się do spowiedzi
są jeszcze wiece do zdrapywania łez
strzępek błyszczący
po północnej stronie krateru schröter
sarna spotyka sarnę
pyskaty krucyfiks
gniazda ech czarnych
krokodyl
olej na płótnie
tli się
świat zaczyna się zawsze więc zjawia za późno
jaskrawiec zwodniczy
o prawidłowej echostrukturze
żadnego teraz żadnego nigdy
chwiliwarta
tocząc rzeki źródłom na pożarcie
człowiek nie widzi tylko rozpoznaje
i wszystkie noże posmarowane jodyną
fiołkowy
siekierą
obraduje
dialekt dzierżawi rolnika
zręcznie
w miniówie
pięknie się wije
lufcikiem
kropla przerywa węgorza
w półmroku
nieruchomo
w miłości najpiękniejsze jest to że mija
wędrowny rzeźnik żarówek rozsiewacz
u którego lęku mieszkasz?
zdyszany szpieg w istocie olejek
w okrutnej litanii
patelnia wyglądająca jak żywa
pokrzywie dłoń wyrasta
krowa
tramwajem zarosłe
śnieg wymiotuje
szpileczka czerniejąca
w czasie wytrysku
hotel kamienny scyzoryk
okoliczności
odra zabiła matkę
przez nieszczelne i przestarzałe rurociągi
pęknięty
melania trump odwiedza sierociniec
są światła widzialne i nie
motyl w postaci cielska
olbrzyma
leżał owad w locie
w podmiejskiej kolejce
kalarepa
wielkości wiatru zdeptanego z szyby
światła
gnojanka żółtawa
burzy się jagnię zapina szelki
najczyściejszej próby
jest są bogiem zwyczajnie bezgłowym
przenajświętsza jest msza mijania się na ulicy
niewidzialne łączy świat na części
na schodach
blizna dokonuje osoby
głód bez kolców
policjant lufcikiem brutalnie zwleka
nie do oderwania od mroku
józef haller na welocypedzie mknie przez podole
w trakcie rozmowy z trądem przez wannę
brzegiem i krwią
flanela
człowiek służy też do podlewania ziemi
mydło
kosmos ma miejsce w lupie
wygląda ze smoczej jamy
snu
pokaż zęby i popatrz na mnie
ambitna mucha w podróży dookoła brzęku
czeluść ma na imię oklaski
szympanse przeglądają się w oknach
w futrze
wrośniak szorstki
przez cały listopad
śpiewa zabita pluskiewką
wypełniony treścią ropną
ryba połyskującą w nasłonecznionej wodzie
musisz to zobaczyć
bagnista ujada rzęsa
jack kerouac wchodzi do łóżka helen weaver
drobinkami
kangur
baranku boży
karaluch ciepły jabłkowy
muskularny zad
wilgotna
bez oczu
huśtawka
krzyk zarasta bulwary
czas się w nas umówił z nikim
rycerz na koninie
krew jest potrzebna do barwienia asfaltu
myśl mieszka drobinkami nigdy
osioł zbankrutowanym kotem
podrapana
dźwig do suszenia sutann
inną postać tli się w każdej postaci
również wystaje z każdej rzeczy
błękitny
tenorem
taka jest sprawiedliwość
tako rzeczą czamorro
salony meblowe szczekają w zwolnionym tempie
na tylnych łapach
włóczka podwórek
kochanek
tonie
w studni
drapieżny
nie będąc w stanie oczyścić się z gnoju
w kiełbasie
w obcisłej spódnicy
proszę zamknąć oczy gitarze
mruga pogrzebacz
cierń oka szelest
pilota
jabłonki wychodzą z nor
borówką
jest nierozsłowny widnokrąg
jeż
jamnik tenorem urzędu
ostatnia stroma królewna
david attenborough poświadcza
widłoząb miotlasty
deszcz korbką malowany
w trakcie podchodzania do lądowania w krwistym kisielu sławy
krawiec w postaci ulewy
koniec przebiega najpierw
szczerze
grad
morze karłów przewozi oliwa
masz imię – jesteś fikcją
a początek nie ma końca
w garażu
mandolina zamiast wiosny
w drodze do po nic
stąd że nie ma żadnego stąd
wszystko jesteśmy tylko spójnikami
drogą polna
żyrafy
dążąc do doskonałości
księżyc zgasło
w uśmiechu poręcznym
gdzie jest dżem?
do obrywania liści posągom
konduktor
zamazana
dziurawy fortepian widzi
puszczyk zanurza się śniegu
w kompletnej ciemności pod wodą
wchodzi
wielkości niezapisanej myśli
jakie to piękne!
drobinkami nigdy
z niegojącą się raną pachwiny
proboszczem
światła krwią
drzewo bez kapelusza
a pan daleko?
nie do oderwania od pustki
i szczypiące trawę jelenie
w porządku własnym
shah jahan ma na sobie gruby różowy płaszcz
piorun
płonie
nerwicy
temu winien
kobieta w czerwonym skafandrze prowadzi rower wzdłuż płotu
słoń na druty tyje
ukłony
krążąc wokół ziemi
w domu schadzek
aorta brzuszna nieposzerzona
czy znasz swoje miejsce w łańcuchu pokarmowym?
w postaci rosy
zawadził
w zwolnionym tempie
daleko mu do spiewu płetwali
koleją 8 tygodni samolotem 12 lat
dzwonnica bez kałuży
nieziemskiej urody
do góry nogami
to maska rozpaczy
ludzie składają się prasują i zanoszą do pracy
jechałem na wróbelku jechałem sam
przewrócony
jeż czyha w zakonie
dozgonnie
ręka sunie po udzie
pośród lodów arktyki
ukryty w przymrozku
rybą
tygrys
człowiek jest w sobie tylko z lotu ptaka
porcelanowa strzelanina
kwiaty plują
chodziłam po tamtym świecie
w halce
cytat nakręca mydło
jabłonki
pędzi
byk
nasz adres:
słowo jest miejscem w które czas się przebiera
prześcieradło się po nim lepi
po dwóch sekundach
w lustrze
snu muszlo nasza
i inne niepodobne
oczodołami
blizna
55 milionów lat świetlnych od nas
praca czyni kopią
w pomidorowej
425 mln lat temu
srebrnokulawy
wartość tuczna i rzeźna
ogromny ptak w locie nad czarnymi falami morza
rzęsa
statek
koza spoglądajaca na drzewo
małpa śpiewająca na drzewie
żmija
jej ciało oplatają węże
sprężyna
obłok
powiesiła się
igła w oko puka
przez trojańskie pola
jakie pytanie taka krew
kakao
wyrasta
mowa ciała sekunda
z paniką
czarna cykada chwyta się gałęzi
torpedą
ja do rzeźni jadę
wandale podlewają kwiatki
i drobne konkrementy żółciowe
w puszce
śmierć – długo się na nią czeka ale warto
w szyfonowej sukni
plemniki dojrzewają w najądrzach
w milczenie zawinięte
w trakcie zabliźniania się skrzydeł na moście
wiosłują
piach rozkwita
harfa
nim się pojawi
jest taki pociąg dlaczego
czyha
szpak