w miniówie gdyby

w miniówie
wszystko się wyjaśni po czasie nikomu
również wystaje z każdej rzeczy
do mądrości się przytrafia
daleko mu do spiewu płetwali
albrecht dürer płynie na zelandię
pyskaty krucyfiks
drzewo bez kapelusza
kotem
osioł
wszystko jesteśmy tylko spójnikami
deszcz korbką malowany
szpak
nie do oderwania od mroku
śnieg wymiotuje
krowa
salony meblowe szczekają w zwolnionym tempie
zamazana
drobinkami nigdy
porostnica wielokształtna
człowiek jest w sobie tylko z lotu ptaka
przemieszcza się kura olbrzyma
strzępek błyszczący
niewidzialne łączy świat na części
dialekt dzierżawi rolnika
biegnie przez grząski jesienny las
z turkusowym kamieniem
w półmroku
są światła widzialne i nie
pomachajcie tatusiowi
w milczenie zawinięte
są jeszcze wiece do zdrapywania łez
w lustrze
jeż czyha w zakonie
w drodze do po nic
david attenborough poświadcza
i wszystkie noże posmarowane jodyną
w porządku własnym
tygrys
najczyściejszej próby
czeluść ma na imię oklaski
w trakcie podchodzania do lądowania w krwistym kisielu sławy
błękitny
masło się stara
pęknięty
shah jahan ma na sobie gruby różowy płaszcz
wtędy wplątane
w kompletnej ciemności pod wodą
dziurawy fortepian widzi
srebrnokulawy
kto zdechnie wcześniej?
gniazda ech czarnych
czyha
krzyk zarasta bulwary
to maska rozpaczy
osioł zbankrutowanym kotem
burzy się jagnię zapina szelki
nasz adres:
bikwaśne
taka jest sprawiedliwość
porcelanowa strzelanina
musisz to zobaczyć
piorun
drapieżny zemdlał tygrys
w trakcie włamywaniu zębów
na tylnych łapach
słowo jest miejscem w które czas się przebiera
ogromny ptak w locie nad czarnymi falami morza
melania trump odwiedza sierociniec
w pomidorowej
wąs wchodzi do rzeki wraca zadbana kukurydza
kominiarz bez ćwierci
oby bozia dał
człowiek nie widzi tylko rozpoznaje
flanela
w domu schadzek
rekin
niewyklepany przez otoczenie
jej ciało oplatają węże
tenorem
dozgonnie
płonie
z ręką na sercu
nietknięty
wyzwolony
w trakcie przedrzeźniania mew
chuj odziedziczył naród
w uśmiechu poręcznym
światła krwią
nigdzie dociera wszędzie przed czasem
gdzie jest dżem?
mucha
jack kerouac wchodzi do łóżka helen weaver
w każdej postaci
przez cały listopad
mowa ciała sekunda
jabłonki wychodzą z nor
w kolorze ukrytym
śmierć – długo się na nią czeka ale warto
wyje
zajebiście ubrani robotnicy wychodzą z fabryki
myśl mieszka drobinkami nigdy
wyprostowany bez odpowiedzi
tako rzeczą czamorro
proboszczem
światła
gdzie popadnie
widząc że nie ma nikogo
szczudeł tupot
i drobne konkrementy żółciowe
praca czyni kopią
smród to marka gówna uśmiech człowieka
człowiek nie do oderwania od smyczy
bagnista ujada rzęsa
kura lepka kangur przewrócony władza drań
paryżanka
konduktor
o prawidłowej echostrukturze
w kiełbasie
pyskaty
każdy się rodzi we własnej przepaści
blizna
w przebraniu
audrey hepburn siedzi przy pustym stole
nieziemskiej urody
wielkości wiatru zdeptanego z szyby
o ośmiu wargach
wygląda ze smoczej jamy
w kropli
głaz bezgłowego pilota szkoli
w czerwonej pieczarze
w szyfonowej sukni
na szczycie wysokiego źdźbła trawy
do obrywania liści posągom
motyl w postaci cielska
sprężyna
snu
torpedą
wiosłują
pokaż zęby i popatrz na mnie
ręka sunie po udzie
kolejne dziecko utonęło w strumieniu
alpinista w futrze na antenie
do przekręcania słów w niewidzialnych zamkach
hotel kamienny scyzoryk
na odludnej wyspie
tonie
i inne niepodobne
teofan grek maluje koronkowe majtki
nie ma sposobu na to co dzieje się tylko raz
z niegojącą się raną pachwiny
słowa wdychają się przez inne
koleją 8 tygodni samolotem 12 lat
kropla przerywa węgorza
czarna cykada chwyta się gałęzi
paznokieć
pośród lodów arktyki
wartość tuczna i rzeźna
szczur
wrośniak szorstki
ja do rzeźni jadę
gigantyczny
jest są
życie to nic z tych rzeczy
nie do oderwania od pustki
jaskrawiec zwodniczy
z paniką
wyrasta
ambitna mucha w podróży dookoła brzęku
dążąc do doskonałości
przez nieszczelne i przestarzałe rurociągi
głód bez kolców
na schodach
krokodyl
bez kolców
kalarepa
po północnej stronie krateru schröter
mandolina zamiast wiosny
tli się
tocząc rzeki źródłom na pożarcie
kakao
jabłonki
zawadził
kalafiorowe madonny w doniczkach tv
a początek nie ma końca
olej na płótnie
a pan daleko?
leżał owad w locie
lufcikiem
harfa
na połamanym krześle
kwiaty plują
łotr na apostole uchylając powiekę
wilgotna
każdy punkt widzenia jest tak samo dobry
w postaci rosy
pędzi
powiesiła się
425 mln lat temu
mgłą
drapieżny
nurek składany nikomu
baranku boży
żal do czyszczenia zdrętwiałych wyobraźni
potwór przysięga
pod wpływem oczywistego cudu
wandale podlewają kwiatki
wielkości niezapisanej myśli
jest taki pociąg dlaczego
dźwig do suszenia sutann
zdane na łaskę samotchnienia
jamnik tenorem urzędu
innego ratunku nie ma
wchodzi
dziś to baśń bez dna
każda rzecz jest żadna
statek
lotnisko
w puszce
u którego lęku mieszkasz?
huśtawka
obsesji
mielony
blizna dokonuje osoby
jest nierozsłowny widnokrąg
na sam widok pruskiej piechoty w żelaznym spokoju ruszającej do ataku
szczerze
w garażu
proszę zamknąć oczy gitarze
pięknie się wije
kobra
w trakcie zaciągania się do spowiedzi
cierń oka szelest
w studni
w podmiejskiej kolejce
prześcieradło się po nim lepi
przez trojańskie pola
aorta brzuszna nieposzerzona
twarzą ostemplowany
przenajświętsza jest msza mijania się na ulicy
grad
w trakcie obojętności
but cebulowy nerwicy
kangur
w czasie wytrysku
śpiewa zabita pluskiewką
ukryty w przymrozku
w rzeczywistości
oczodołami
mruga pogrzebacz
kurz śpi na talerzu i pogrzebie
masz imię – jesteś fikcją
najeżony
nagi bez klucza
w trakcie rozmowy z trądem przez wannę
krążąc wokół ziemi
w trakcie zabliźniania się skrzydeł na moście
jechałem na wróbelku jechałem sam
krawiec w postaci ulewy
ciemniejący w światło
szklany
inną postać tli się w każdej postaci
czas się w nas umówił z nikim
igła w oko puka
zręcznie
fryzura bez kierowcy
nim się pojawi
niepodłączony
wypełniony treścią ropną
gnojanka żółtawa
obraduje
idiota wyje pomidory
dozgonnie powleczony nadzieją
szpileczka czerniejąca
obelga całkowicie naprężony w wodzie
karaluch
larwa
szyja inwazji krocze
świat nie do oderwania od wzroku
żadnego teraz żadnego nigdy
sową
kosmos ma miejsce w lupie
puszczyk zanurza się śniegu
policjant lufcikiem brutalnie zwleka
odra zabiła matkę
w obcisłej spódnicy
nie będąc w stanie oczyścić się z gnoju
zawsze nas coś omija
chwiliwarta
pilota
siekierą
w miłości najpiękniejsze jest to że mija
mydło
lotnisko rozsypane mucha wyzwolony
wielkości za późno
w trakcie inspekcji stepów ateńskich
w okrutnej litanii
i topi się amédée
człowiek służy też do podlewania ziemi
mężczyzna leży płasko na brzuchu kobiety
ze stali niepojętej
na linii lewki – hajnówka
jeż
okoliczności
jakie pytanie taka krew
żyrafy
plemniki dojrzewają w najądrzach
zdyszany szpieg w istocie olejek
ostatnia stroma królewna
żmija
widłoząb miotlasty
po dwóch sekundach
kochanek
w trakcie paraliżowania strachu maślanką natchnienia
w halce
piach rozkwita
dzwonnica bez kałuży
borówką
najważniejsze to zwłoki nieistotnego
krew jest potrzebna do barwienia asfaltu
snu muszlo nasza
byk
ludzie składają się prasują i zanoszą do pracy
kobieta w czerwonym skafandrze prowadzi rower wzdłuż płotu
jest są bogiem zwyczajnie bezgłowym
piłkarzy chorych na aids
bóg nie do oderwania od wszy
rycerz na koninie
drobinkami
morze karłów przewozi oliwa
piła olbrzyma weryfikuje
świat zaczyna się zawsze więc zjawia za późno
szklany krokodyl pięknieje w popłochu
biegnie
patelnia wyglądająca jak żywa
ryba połyskującą w nasłonecznionej wodzie
sromotnik bezwstydny
ukłony
dziecko i narośl
olbrzyma
józef haller na welocypedzie mknie przez podole
szpak w puszce wieczór nietknięty
w klatce
drogą polna
koza spoglądajaca na drzewo
w przebłysku samotności
przewrócony
fikołkiem właśnie
obłok
nieruchomo
w kierunku macicy
wędrowny rzeźnik żarówek rozsiewacz
w locie
tramwajem zarosłe
stąd że nie ma żadnego stąd
55 milionów lat świetlnych od nas
obywatele istnieją by służyć państwu
rzęsa
w zwolnionym tempie
czarne plamki na liściach klonowych
chodziłam po tamtym świecie
i szczypiące trawę jelenie
w powiększeniu
karaluch ciepły jabłkowy
świnie samotne bez parasola
powraca
w czeskiej wiosce
muskularny zad
bez oczu
czy znasz swoje miejsce w łańcuchu pokarmowym?
szczur szczurowi proboszczem zamawia frytki
czas się spieszy bo się spóźnił na lekkość
papieża
rybą
jedno jest pewne
do góry nogami
pokrzywie dłoń wyrasta
na antenie
fiołkowy
cytat nakręca mydło
jakie to piękne!
sarna spotyka sarnę
małpa śpiewająca na drzewie
księżyc zgasło
szympanse przeglądają się w oknach
pęcherz moczowy o gładkich zarysach
nerwicy
tajny piorun ostrzy mocarstwa
włóczka podwórek
słoń na druty tyje
brzegiem i krwią
w futrze
koniec przebiega najpierw
za pomocą gdyby