ludzie w strumieniu

ludzie składają się prasują i zanoszą do pracy
w kolorze ukrytym
krzyk zarasta bulwary
w zwolnionym tempie
jabłonki wychodzą z nor
muskularny zad
melania trump odwiedza sierociniec
paryżanka
ambitna mucha w podróży dookoła brzęku
biegnie przez grząski jesienny las
tako rzeczą czamorro
ukłony
masło się stara
biegnie
bez kolców
karaluch ciepły jabłkowy
widząc że nie ma nikogo
morze karłów przewozi oliwa
w kierunku macicy
rybą
porcelanowa strzelanina
kalarepa
inną postać tli się w każdej postaci
w puszce
pod wpływem oczywistego cudu
kura lepka kangur przewrócony władza drań
innego ratunku nie ma
niepodłączony
niewidzialne łączy świat na części
świat nie do oderwania od wzroku
nietknięty
cytat nakręca mydło
płonie
tajny piorun ostrzy mocarstwa
mielony
huśtawka
przez o otwarte
byk
koleją 8 tygodni samolotem 12 lat
księżyc zgasło
kropla przerywa węgorza
jest nierozsłowny widnokrąg
jakie pytanie taka krew
cierń oka szelest
na schodach
człowiek nie widzi tylko rozpoznaje
szczudeł tupot
nie będąc w stanie oczyścić się z gnoju
piłkarzy chorych na aids
bóg nie do oderwania od wszy
audrey hepburn siedzi przy pustym stole
lotnisko rozsypane mucha wyzwolony
sromotnik bezwstydny
w szyfonowej sukni
shah jahan ma na sobie gruby różowy płaszcz
larwa
pęknięty
wandale podlewają kwiatki
mandolina zamiast wiosny
nie do oderwania od mroku
flanela
i wszystkie noże posmarowane jodyną
wrośniak szorstki
na tylnych łapach
najważniejsze to zwłoki nieistotnego
piła olbrzyma weryfikuje
w czerwonej pieczarze
w kompletnej ciemności pod wodą
głowa bez tacy
koza spoglądajaca na drzewo
życie to nic z tych rzeczy
jechałem na wróbelku jechałem sam
o ośmiu wargach
włóczka podwórek
dialekt dzierżawi rolnika
bez oczu
w obcisłej spódnicy
albrecht dürer płynie na zelandię
tocząc rzeki źródłom na pożarcie
wyrasta
stąd że nie ma żadnego stąd
grad
wąs wchodzi do rzeki wraca zadbana kukurydza
józef haller na welocypedzie mknie przez podole
w trakcie obojętności
człowiek jest w sobie tylko z lotu ptaka
masz imię – jesteś fikcją
kto zdechnie wcześniej?
mucha
dziecko i narośl
alpinista w futrze na antenie
pięknie się wije
najczyściejszej próby
wielkości niezapisanej myśli
paznokieć
szpak w puszce wieczór nietknięty
na linii lewki – hajnówka
w podmiejskiej kolejce
statek
chuj odziedziczył naród
jest są
obsesji
tonie
powraca
koniec przebiega najpierw
but cebulowy nerwicy
drogą polna
w trakcie podchodzania do lądowania w krwistym kisielu sławy
a początek nie ma końca
zdane na łaskę samotchnienia
proboszczem
zdyszany szpieg w istocie olejek
wartość tuczna i rzeźna
karaluch
ryba połyskującą w nasłonecznionej wodzie
świnie samotne bez parasola
igła w oko puka
do góry nogami
przez nieszczelne i przestarzałe rurociągi
patelnia wyglądająca jak żywa
taka jest sprawiedliwość
i inne niepodobne
pokrzywie dłoń wyrasta
konduktor
gdzie popadnie
pędzi
wypełniony treścią ropną
drobinkami
mydło
w drodze do po nic
kangur
słowo jest miejscem w które czas się przebiera
w trakcie inspekcji stepów ateńskich
ostatnia stroma królewna
świat zaczyna się zawsze więc zjawia za późno
wędrowny rzeźnik żarówek rozsiewacz
olbrzyma
w półmroku
policjant lufcikiem brutalnie zwleka
zajebiście ubrani robotnicy wychodzą z fabryki
jeż
w trakcie przedrzeźniania mew
rekin
w postaci rosy
kwiaty plują
i szczypiące trawę jelenie
osioł zbankrutowanym kotem
przez trojańskie pola
wyprostowany bez odpowiedzi
żmija
do mądrości się przytrafia
salony meblowe szczekają w zwolnionym tempie
tygrys
na połamanym krześle
po północnej stronie krateru schröter
drapieżny
w przebłysku samotności
425 mln lat temu
ogromny ptak w locie nad czarnymi falami morza
czas się w nas umówił z nikim
pomachajcie tatusiowi
w miniówie
drapieżny zemdlał tygrys
gniazda ech czarnych
pyskaty
drobinkami nigdy
wygląda ze smoczej jamy
każdy się rodzi we własnej przepaści
dźwig do suszenia sutann
przez cały listopad
w lustrze
w trakcie włamywaniu zębów
obelga całkowicie naprężony w wodzie
pieśń bez rękawa
wielkości za późno
dozgonnie
przenajświętsza jest msza mijania się na ulicy
sprężyna
z turkusowym kamieniem
fiołkowy
ja do rzeźni jadę
papieża
w czeskiej wiosce
deszcz korbką malowany
u którego lęku mieszkasz?
światła krwią
siekierą
łotr na apostole uchylając powiekę
są światła widzialne i nie
obłok
za pomocą gdyby
nie ma sposobu na to co dzieje się tylko raz
snu muszlo nasza
kakao
harfa
wszystko się wyjaśni po czasie nikomu
na antenie
praca czyni kopią
bagnista ujada rzęsa
nim się pojawi
oczodołami
proszę zamknąć oczy gitarze
mgłą
w rzeczywistości
pośród lodów arktyki
szympanse przeglądają się w oknach
hotel kamienny scyzoryk
ręka sunie po udzie
dozgonnie powleczony nadzieją
w domu schadzek
rzęsa
do obrywania liści posągom
w powiększeniu
czeluść ma na imię oklaski
gigantyczny
w futrze
jaskrawiec zwodniczy
jakie to piękne!
wielkości wiatru zdeptanego z szyby
prześcieradło się po nim lepi
w porządku własnym
słoń na druty tyje
zawsze nas coś omija
nigdzie dociera wszędzie przed czasem
jabłonki
mruga pogrzebacz
wilgotna
daleko mu do spiewu płetwali
szyja inwazji krocze
sens przebywa zdala od gramatyki
brzegiem i krwią
ciemniejący w światło
nasz adres:
również wystaje z każdej rzeczy
szklany krokodyl pięknieje w popłochu
głaz bezgłowego pilota szkoli
w studni
dziurawy fortepian widzi
nieziemskiej urody
o prawidłowej echostrukturze
przemieszcza się kura olbrzyma
żal do czyszczenia zdrętwiałych wyobraźni
w pomidorowej
w locie
tenorem
fikołkiem właśnie
każdy punkt widzenia jest tak samo dobry
krążąc wokół ziemi
z ręką na sercu
krew jest potrzebna do barwienia asfaltu
nurek składany nikomu
z niegojącą się raną pachwiny
plastelina w swej skromności niewielki
krawiec w postaci ulewy
obraduje
leżał owad w locie
w halce
rycerz na koninie
szczerze
na szczycie wysokiego źdźbła trawy
głód bez kolców
55 milionów lat świetlnych od nas
szczur szczurowi proboszczem zamawia frytki
w kropli
niechcący
pyskaty krucyfiks
jest taki pociąg dlaczego
oby bozia dał
kobieta w czerwonym skafandrze prowadzi rower wzdłuż płotu
człowiek nie do oderwania od smyczy
nieruchomo
w miłości najpiękniejsze jest to że mija
puszczyk zanurza się śniegu
drzewo bez kapelusza
sarna spotyka sarnę
ukryty w przymrozku
żadnego teraz żadnego nigdy
dziś to baśń bez dna
w trakcie rozmowy z trądem przez wannę
w czasie wytrysku
strzępek błyszczący
jack kerouac wchodzi do łóżka helen weaver
musisz to zobaczyć
baranku boży
w każdej postaci
chwiliwarta
pęcherz moczowy o gładkich zarysach
kominiarz bez ćwierci
teofan grek maluje koronkowe majtki
nie do oderwania od pustki
jedno jest pewne
szpak
jej ciało oplatają węże
dążąc do doskonałości
dzwonnica bez kałuży
na sam widok pruskiej piechoty w żelaznym spokoju ruszającej do ataku
srebrnokulawy
kobra
twarzą ostemplowany
najeżony
chodziłam po tamtym świecie
kosmos ma miejsce w lupie
światła
sową
kalafiorowe madonny w doniczkach tv
kotem
nerwicy
po dwóch sekundach
porostnica wielokształtna
krowa
w milczenie zawinięte
śnieg wymiotuje
osioł
w garażu
śmierć – długo się na nią czeka ale warto
plemniki dojrzewają w najądrzach
do przekręcania słów w niewidzialnych zamkach
w kiełbasie
w klatce
wiosłują
smród to marka gówna uśmiech człowieka
każda rzecz jest żadna
w okrutnej litanii
jamnik tenorem urzędu
małpa śpiewająca na drzewie
blizna
torpedą
zawadził
mężczyzna leży płasko na brzuchu kobiety
są jeszcze wiece do zdrapywania łez
w trakcie zabliźniania się skrzydeł na moście
snu
w trakcie paraliżowania strachu maślanką natchnienia
szklany
gnojanka żółtawa
to maska rozpaczy
borówką
żyrafy
i drobne konkrementy żółciowe
czarna cykada chwyta się gałęzi
olej na płótnie
fryzura bez kierowcy
szpileczka czerniejąca
zamazana
idiota wyje pomidory
czy znasz swoje miejsce w łańcuchu pokarmowym?
pilota
nagi bez klucza
pokaż zęby i popatrz na mnie
na odludnej wyspie
a pan daleko?
zręcznie
błękitny
kurz śpi na talerzu i pogrzebie
jest są bogiem zwyczajnie bezgłowym
tli się
śpiewa zabita pluskiewką
ze stali niepojętej
w uśmiechu poręcznym
mowa ciała sekunda
motyl w postaci cielska
czas się spieszy bo się spóźnił na lekkość
obywatele istnieją by służyć państwu
odra zabiła matkę
niewyklepany przez otoczenie
david attenborough poświadcza
człowiek służy też do podlewania ziemi
wszystko jesteśmy tylko spójnikami
piorun
jeż czyha w zakonie
z paniką
wyzwolony
piach rozkwita
czyha
gdzie jest dżem?
burzy się jagnię zapina szelki
przewrócony
tramwajem zarosłe
myśl mieszka drobinkami nigdy
aorta brzuszna nieposzerzona
słowa wdychają się przez inne
lufcikiem
blizna dokonuje osoby
okoliczności
powiesiła się
w trakcie zaciągania się do spowiedzi
krokodyl
widłoząb miotlasty
szczur
kolejne dziecko utonęło w strumieniu