koza światło

koza spoglądajaca na drzewo
oczodołami
o prawidłowej echostrukturze
w trakcie włamywaniu zębów
pęknięty
jack kerouac wchodzi do łóżka helen weaver
alpinista w futrze na antenie
sarna spotyka sarnę
ludzie składają się prasują i zanoszą do pracy
kolejne dziecko utonęło w strumieniu
na odludnej wyspie
wszystko jesteśmy tylko spójnikami
okoliczności
z niegojącą się raną pachwiny
jest są bogiem zwyczajnie bezgłowym
na schodach
powiesiła się
czarna cykada chwyta się gałęzi
kropla przerywa węgorza
kosmos ma miejsce w lupie
odra zabiła matkę
człowiek nie widzi tylko rozpoznaje
na połamanym krześle
nie do oderwania od pustki
płonie
drzewo bez kapelusza
krew jest potrzebna do barwienia asfaltu
i drobne konkrementy żółciowe
najważniejsze to zwłoki nieistotnego
niepodłączony
koniec przebiega najpierw
światła krwią
w rzeczywistości
porostnica wielokształtna
a początek nie ma końca
drapieżny
osioł zbankrutowanym kotem
wyje
pomachajcie tatusiowi
porcelanowa strzelanina
nieruchomo
wiosłują
dozgonnie powleczony nadzieją
piłkarzy chorych na aids
każda rzecz jest żadna
kobra
i wszystkie noże posmarowane jodyną
obłok
szczur szczurowi proboszczem zamawia frytki
pokrzywie dłoń wyrasta
obywatele istnieją by służyć państwu
bagnista ujada rzęsa
pięknie się wije
drobinkami nigdy
wandale podlewają kwiatki
małpa śpiewająca na drzewie
świnie samotne bez parasola
a pan daleko?
w porządku własnym
kotem
shah jahan ma na sobie gruby różowy płaszcz
każdy się rodzi we własnej przepaści
obraduje
na antenie
idiota wyje pomidory
patelnia wyglądająca jak żywa
w kierunku macicy
mowa ciała sekunda
w czeskiej wiosce
w garażu
ostatnia stroma królewna
pęcherz moczowy o gładkich zarysach
kobieta w czerwonym skafandrze prowadzi rower wzdłuż płotu
z turkusowym kamieniem
i topi się amédée
są jeszcze wiece do zdrapywania łez
człowiek służy też do podlewania ziemi
tajny piorun ostrzy mocarstwa
widłoząb miotlasty
deszcz korbką malowany
nerwicy
srebrnokulawy
czeluść ma na imię oklaski
człowiek jest w sobie tylko z lotu ptaka
konduktor
do przekręcania słów w niewidzialnych zamkach
w milczenie zawinięte
człowiek nie do oderwania od smyczy
w halce
w trakcie podchodzania do lądowania w krwistym kisielu sławy
hotel kamienny scyzoryk
kwiaty plują
na szczycie wysokiego źdźbła trawy
pyskaty krucyfiks
podrapana
dziś to baśń bez dna
zamazana
przez cały listopad
plemniki dojrzewają w najądrzach
lufcikiem
sprężyna
taka jest sprawiedliwość
fryzura bez kierowcy
melania trump odwiedza sierociniec
księżyc zgasło
inną postać tli się w każdej postaci
wędrowny rzeźnik żarówek rozsiewacz
zajebiście ubrani robotnicy wychodzą z fabryki
na linii lewki – hajnówka
mruga pogrzebacz
dziurawy fortepian widzi
wygląda ze smoczej jamy
burzy się jagnię zapina szelki
nigdzie dociera wszędzie przed czasem
ogromny ptak w locie nad czarnymi falami morza
każdy punkt widzenia jest tak samo dobry
tonie
bóg nie do oderwania od wszy
przez nieszczelne i przestarzałe rurociągi
nim się pojawi
jakie pytanie taka krew
w kompletnej ciemności pod wodą
czy znasz swoje miejsce w łańcuchu pokarmowym?
paznokieć
niewyklepany przez otoczenie
dzwonnica bez kałuży
i szczypiące trawę jelenie
pokaż zęby i popatrz na mnie
śpiewa zabita pluskiewką
szklany
krokodyl
oby bozia dał
zawadził
mucha
najeżony
siekierą
czyha
blizna dokonuje osoby
w trakcie paraliżowania strachu maślanką natchnienia
piach rozkwita
jest nierozsłowny widnokrąg
nasz adres:
proboszczem
w czerwonej pieczarze
tygrys
głód bez kolców
kurz śpi na talerzu i pogrzebie
jedno jest pewne
w trakcie przedrzeźniania mew
jeż czyha w zakonie
wąs wchodzi do rzeki wraca zadbana kukurydza
najczyściejszej próby
w uśmiechu poręcznym
wartość tuczna i rzeźna
niewidzialne łączy świat na części
krzyk zarasta bulwary
biegnie przez grząski jesienny las
z paniką
o ośmiu wargach
gdzie popadnie
w przebłysku samotności
gniazda ech czarnych
pyskaty
jaskrawiec zwodniczy
powraca
osioł
za pomocą gdyby
olbrzyma
śmierć – długo się na nią czeka ale warto
potwór przysięga
szczudeł tupot
włóczka podwórek
gnojanka żółtawa
czas się spieszy bo się spóźnił na lekkość
dziecko i narośl
w trakcie zabliźniania się skrzydeł na moście
ryba połyskującą w nasłonecznionej wodzie
teofan grek maluje koronkowe majtki
sromotnik bezwstydny
w drodze do po nic
w miłości najpiękniejsze jest to że mija
życie to nic z tych rzeczy
rzęsa
praca czyni kopią
pędzi
nietknięty
proszę zamknąć oczy gitarze
nurek składany nikomu
w przebraniu
słoń na druty tyje
mielony
tli się
piła olbrzyma weryfikuje
aorta brzuszna nieposzerzona
mandolina zamiast wiosny
huśtawka
mężczyzna leży płasko na brzuchu kobiety
sową
w trakcie inspekcji stepów ateńskich
baranku boży
ja do rzeźni jadę
torpedą
są światła widzialne i nie
rekin
w półmroku
chuj odziedziczył naród
blizna
to maska rozpaczy
jabłonki
ambitna mucha w podróży dookoła brzęku
audrey hepburn siedzi przy pustym stole
w czasie wytrysku
żal do czyszczenia zdrętwiałych wyobraźni
jeż
daleko mu do spiewu płetwali
dozgonnie
przemieszcza się kura olbrzyma
widząc że nie ma nikogo
kominiarz bez ćwierci
w trakcie zaciągania się do spowiedzi
paryżanka
prześcieradło się po nim lepi
myśl mieszka drobinkami nigdy
po dwóch sekundach
łotr na apostole uchylając powiekę
w puszce
biegnie
cytat nakręca mydło
grad
harfa
jechałem na wróbelku jechałem sam
papieża
głaz bezgłowego pilota szkoli
nie będąc w stanie oczyścić się z gnoju
obelga całkowicie naprężony w wodzie
lotnisko
szpak w puszce wieczór nietknięty
gdzie jest dżem?
cierń oka szelest
żyrafy
jest taki pociąg dlaczego
tocząc rzeki źródłom na pożarcie
statek
wilgotna
w zwolnionym tempie
olej na płótnie
szyja inwazji krocze
muskularny zad
obsesji
na tylnych łapach
kalafiorowe madonny w doniczkach tv
salony meblowe szczekają w zwolnionym tempie
szklany krokodyl pięknieje w popłochu
55 milionów lat świetlnych od nas
do obrywania liści posągom
bez oczu
rybą
morze karłów przewozi oliwa
borówką
masło się stara
bez kolców
jabłonki wychodzą z nor
w kiełbasie
szczerze
dążąc do doskonałości
pilota
igła w oko puka
temu winien
w pomidorowej
żmija
ręka sunie po udzie
drogą polna
dźwig do suszenia sutann
w powiększeniu
słowa wdychają się przez inne
w locie
fiołkowy
szpileczka czerniejąca
kalarepa
wrośniak szorstki
musisz to zobaczyć
tramwajem zarosłe
lotnisko rozsypane mucha wyzwolony
ukłony
wielkości wiatru zdeptanego z szyby
krawiec w postaci ulewy
wypełniony treścią ropną
masz imię – jesteś fikcją
w szyfonowej sukni
śnieg wymiotuje
snu muszlo nasza
koleją 8 tygodni samolotem 12 lat
kochanek
szympanse przeglądają się w oknach
drapieżny zemdlał tygrys
flanela
drobinkami
u którego lęku mieszkasz?
dialekt dzierżawi rolnika
świat zaczyna się zawsze więc zjawia za późno
chwiliwarta
w postaci rosy
piorun
425 mln lat temu
jest są
szczur
gigantyczny
szpak
stąd że nie ma żadnego stąd
leżał owad w locie
ze stali niepojętej
z ręką na sercu
kakao
w obcisłej spódnicy
zręcznie
w kropli
brzegiem i krwią
mydło
nie do oderwania od mroku
przewrócony
do mądrości się przytrafia
w futrze
w każdej postaci
nagi bez klucza
pośród lodów arktyki
jej ciało oplatają węże
w miniówie
snu
tako rzeczą czamorro
kto zdechnie wcześniej?
chodziłam po tamtym świecie
policjant lufcikiem brutalnie zwleka
karaluch
but cebulowy nerwicy
mgłą
po północnej stronie krateru schröter
świat nie do oderwania od wzroku
strzępek błyszczący
i inne niepodobne
czarne plamki na liściach klonowych
w lustrze
na sam widok pruskiej piechoty w żelaznym spokoju ruszającej do ataku
krowa
słowo jest miejscem w które czas się przebiera
wielkości niezapisanej myśli
karaluch ciepły jabłkowy
w okrutnej litanii
nie ma sposobu na to co dzieje się tylko raz
wyzwolony
innego ratunku nie ma
czas się w nas umówił z nikim
w klatce
twarzą ostemplowany
zawsze nas coś omija
zdyszany szpieg w istocie olejek
pod wpływem oczywistego cudu
w trakcie obojętności
przenajświętsza jest msza mijania się na ulicy
wchodzi
wszystko się wyjaśni po czasie nikomu
w kolorze ukrytym
światła
tenorem
w podmiejskiej kolejce
kangur
w trakcie rozmowy z trądem przez wannę
rycerz na koninie
motyl w postaci cielska
kura lepka kangur przewrócony władza drań
smród to marka gówna uśmiech człowieka
również wystaje z każdej rzeczy
byk
albrecht dürer płynie na zelandię
nieziemskiej urody
wielkości za późno
błękitny
józef haller na welocypedzie mknie przez podole
wyprostowany bez odpowiedzi
wyrasta
do góry nogami
david attenborough poświadcza
w studni
larwa
puszczyk zanurza się śniegu
przez trojańskie pola
jamnik tenorem urzędu
żadnego teraz żadnego nigdy
w domu schadzek
ukryty w przymrozku
krążąc wokół ziemi
jakie to piękne!
ciemniejący w światło