koniec na antenie

koniec przebiega najpierw
bagnista ujada rzęsa
przenajświętsza jest msza mijania się na ulicy
u którego lęku mieszkasz?
drobinkami nigdy
w drodze do po nic
o prawidłowej echostrukturze
siekierą
leżał owad w locie
425 mln lat temu
najważniejsze to zwłoki nieistotnego
ryba połyskującą w nasłonecznionej wodzie
i szczypiące trawę jelenie
biegnie przez grząski jesienny las
burzy się jagnię zapina szelki
piach rozkwita
masz imię – jesteś fikcją
plastelina w swej skromności niewielki
byk
płonie
nurek składany nikomu
karaluch
smród to marka gówna uśmiech człowieka
w postaci rosy
porcelanowa strzelanina
krążąc wokół ziemi
fryzura bez kierowcy
kolejne dziecko utonęło w strumieniu
cierń oka szelest
śnieg wymiotuje
dziurawy fortepian widzi
za pomocą gdyby
igła w oko puka
porostnica wielokształtna
tonie
szpak w puszce wieczór nietknięty
wilgotna
kwiaty plują
czas się spieszy bo się spóźnił na lekkość
mężczyzna leży płasko na brzuchu kobiety
i drobne konkrementy żółciowe
głód bez kolców
pomachajcie tatusiowi
papieża
nietknięty
w klatce
wąs wchodzi do rzeki wraca zadbana kukurydza
niewidzialne łączy świat na części
świnie samotne bez parasola
flanela
jabłonki
przez trojańskie pola
snu
w czeskiej wiosce
czy znasz swoje miejsce w łańcuchu pokarmowym?
widząc że nie ma nikogo
przemieszcza się kura olbrzyma
pięknie się wije
jamnik tenorem urzędu
melania trump odwiedza sierociniec
nigdzie dociera wszędzie przed czasem
z ręką na sercu
inną postać tli się w każdej postaci
szczudeł tupot
w halce
lufcikiem
drzewo bez kapelusza
proszę zamknąć oczy gitarze
szympanse przeglądają się w oknach
zdyszany szpieg w istocie olejek
a pan daleko?
czeluść ma na imię oklaski
z turkusowym kamieniem
olbrzyma
nieziemskiej urody
kosmos ma miejsce w lupie
harfa
pokaż zęby i popatrz na mnie
powraca
kobra
do góry nogami
osioł zbankrutowanym kotem
oby bozia dał
musisz to zobaczyć
nim się pojawi
szpileczka czerniejąca
w szyfonowej sukni
również wystaje z każdej rzeczy
jakie pytanie taka krew
szczur szczurowi proboszczem zamawia frytki
hotel kamienny scyzoryk
tako rzeczą czamorro
mandolina zamiast wiosny
drapieżny zemdlał tygrys
muskularny zad
w rzeczywistości
w miłości najpiękniejsze jest to że mija
wszystko jesteśmy tylko spójnikami
myśl mieszka drobinkami nigdy
życie to nic z tych rzeczy
łotr na apostole uchylając powiekę
ukryty w przymrozku
śmierć – długo się na nią czeka ale warto
patelnia wyglądająca jak żywa
borówką
policjant lufcikiem brutalnie zwleka
dążąc do doskonałości
jeż
tramwajem zarosłe
rybą
rekin
jest są
w czerwonej pieczarze
drapieżny
gigantyczny
sarna spotyka sarnę
a początek nie ma końca
człowiek jest w sobie tylko z lotu ptaka
w półmroku
dziś to baśń bez dna
wyzwolony
kalafiorowe madonny w doniczkach tv
sową
tenorem
grad
w milczenie zawinięte
na linii lewki – hajnówka
o ośmiu wargach
ogromny ptak w locie nad czarnymi falami morza
wielkości za późno
żadnego teraz żadnego nigdy
bikwaśne
w przebłysku samotności
w kropli
brzegiem i krwią
jeż czyha w zakonie
tli się
krew jest potrzebna do barwienia asfaltu
kalarepa
w nikąd dorosły
sromotnik bezwstydny
jabłonki wychodzą z nor
morze karłów przewozi oliwa
w domu schadzek
głowa bez tacy
osioł
najeżony
wędrowny rzeźnik żarówek rozsiewacz
jedno jest pewne
w trakcie przedrzeźniania mew
gniazda ech czarnych
teofan grek maluje koronkowe majtki
larwa
rycerz na koninie
jakie to piękne!
do mądrości się przytrafia
wygląda ze smoczej jamy
gdzie jest dżem?
dozgonnie powleczony nadzieją
nie do oderwania od pustki
niepodłączony
szklany
małpa śpiewająca na drzewie
śpiewa zabita pluskiewką
jechałem na wróbelku jechałem sam
pyskaty
wrośniak szorstki
w lustrze
tygrys
wielkości wiatru zdeptanego z szyby
w czasie wytrysku
ciemniejący w światło
nieruchomo
obelga całkowicie naprężony w wodzie
deszcz korbką malowany
tajny piorun ostrzy mocarstwa
baranku boży
w obcisłej spódnicy
jack kerouac wchodzi do łóżka helen weaver
chuj odziedziczył naród
odra zabiła matkę
blizna
szczur
wandale podlewają kwiatki
żal do czyszczenia zdrętwiałych wyobraźni
w trakcie zaciągania się do spowiedzi
puszczyk zanurza się śniegu
kto zdechnie wcześniej?
w trakcie inspekcji stepów ateńskich
obraduje
w podmiejskiej kolejce
fiołkowy
dźwig do suszenia sutann
i inne niepodobne
bez oczu
tocząc rzeki źródłom na pożarcie
przez nieszczelne i przestarzałe rurociągi
huśtawka
krokodyl
motyl w postaci cielska
gdzie popadnie
obywatele istnieją by służyć państwu
w futrze
w trakcie paraliżowania strachu maślanką natchnienia
żyrafy
kurz śpi na talerzu i pogrzebie
ambitna mucha w podróży dookoła brzęku
pyskaty krucyfiks
powiesiła się
salony meblowe szczekają w zwolnionym tempie
zręcznie
słowa wdychają się przez inne
ze stali niepojętej
jest nierozsłowny widnokrąg
55 milionów lat świetlnych od nas
przez o otwarte
innego ratunku nie ma
stąd że nie ma żadnego stąd
na antenie
kura lepka kangur przewrócony władza drań
są światła widzialne i nie
w locie
nagi bez klucza
wszystko się wyjaśni po czasie nikomu
zamazana
konduktor
aorta brzuszna nieposzerzona
prześcieradło się po nim lepi
zajebiście ubrani robotnicy wychodzą z fabryki
błękitny
pokrzywie dłoń wyrasta
statek
koza spoglądajaca na drzewo
kobieta w czerwonym skafandrze prowadzi rower wzdłuż płotu
jej ciało oplatają węże
wielkości niezapisanej myśli
mydło
szpak
w studni
w kompletnej ciemności pod wodą
proboszczem
do przekręcania słów w niewidzialnych zamkach
rzęsa
zawsze nas coś omija
srebrnokulawy
ostatnia stroma królewna
każdy punkt widzenia jest tak samo dobry
przewrócony
masło się stara
szyja inwazji krocze
w trakcie włamywaniu zębów
albrecht dürer płynie na zelandię
obsesji
światła krwią
po dwóch sekundach
taka jest sprawiedliwość
chodziłam po tamtym świecie
krawiec w postaci ulewy
pod wpływem oczywistego cudu
mucha
kropla przerywa węgorza
david attenborough poświadcza
przez cały listopad
słoń na druty tyje
czarna cykada chwyta się gałęzi
paryżanka
oczodołami
dialekt dzierżawi rolnika
nasz adres:
strzępek błyszczący
na tylnych łapach
wypełniony treścią ropną
twarzą ostemplowany
paznokieć
w porządku własnym
kakao
kominiarz bez ćwierci
wyrasta
koleją 8 tygodni samolotem 12 lat
kotem
światła
w miniówie
krowa
ludzie składają się prasują i zanoszą do pracy
jest taki pociąg dlaczego
na schodach
w zwolnionym tempie
blizna dokonuje osoby
biegnie
szklany krokodyl pięknieje w popłochu
piłkarzy chorych na aids
na połamanym krześle
ukłony
świat zaczyna się zawsze więc zjawia za późno
do obrywania liści posągom
w trakcie rozmowy z trądem przez wannę
włóczka podwórek
mowa ciała sekunda
idiota wyje pomidory
czas się w nas umówił z nikim
wartość tuczna i rzeźna
piła olbrzyma weryfikuje
dzwonnica bez kałuży
to maska rozpaczy
bez kolców
po północnej stronie krateru schröter
z paniką
dziecko i narośl
szczerze
pęknięty
i wszystkie noże posmarowane jodyną
świat nie do oderwania od wzroku
w kiełbasie
w kierunku macicy
niechcący
nie będąc w stanie oczyścić się z gnoju
jaskrawiec zwodniczy
w trakcie obojętności
czyha
kangur
w trakcie zabliźniania się skrzydeł na moście
dozgonnie
niewyklepany przez otoczenie
sens przebywa zdala od gramatyki
człowiek służy też do podlewania ziemi
pilota
głaz bezgłowego pilota szkoli
krzyk zarasta bulwary
pędzi
z niegojącą się raną pachwiny
olej na płótnie
fikołkiem właśnie
ręka sunie po udzie
każdy się rodzi we własnej przepaści
wyprostowany bez odpowiedzi
nerwicy
drogą polna
na odludnej wyspie
zdane na łaskę samotchnienia
każda rzecz jest żadna
plemniki dojrzewają w najądrzach
praca czyni kopią
józef haller na welocypedzie mknie przez podole
piorun
nie ma sposobu na to co dzieje się tylko raz
drobinkami
w powiększeniu
nie do oderwania od mroku
w uśmiechu poręcznym
żmija
mielony
pośród lodów arktyki
na sam widok pruskiej piechoty w żelaznym spokoju ruszającej do ataku
karaluch ciepły jabłkowy
lotnisko rozsypane mucha wyzwolony
ja do rzeźni jadę
w puszce
cytat nakręca mydło
w garażu
pęcherz moczowy o gładkich zarysach
chwiliwarta
człowiek nie widzi tylko rozpoznaje
shah jahan ma na sobie gruby różowy płaszcz
w pomidorowej
gnojanka żółtawa
okoliczności
widłoząb miotlasty
bóg nie do oderwania od wszy
sprężyna
na szczycie wysokiego źdźbła trawy
mgłą
w trakcie podchodzania do lądowania w krwistym kisielu sławy
pieśń bez rękawa
wiosłują
daleko mu do spiewu płetwali
człowiek nie do oderwania od smyczy
obłok
jest są bogiem zwyczajnie bezgłowym
audrey hepburn siedzi przy pustym stole
but cebulowy nerwicy
zawadził
są jeszcze wiece do zdrapywania łez
snu muszlo nasza
księżyc zgasło
w każdej postaci
mruga pogrzebacz
słowo jest miejscem w które czas się przebiera
w okrutnej litanii
torpedą
alpinista w futrze na antenie