blizną szklany

blizną oka
jabłonki wychodzą z nor
wielkości niezapisanej myśli
nagi bez klucza
jeż czyha w zakonie
kolejne dziecko utonęło w strumieniu
człowiek nie do oderwania od smyczy
u którego lęku mieszkasz?
jaskrawiec zwodniczy
wrośniak szorstki
fryzura bez kierowcy
jeż
gigantyczny
w studni
pyskaty
szpileczka czerniejąca
błękitny
w podmiejskiej kolejce
taka jest sprawiedliwość
oczodołami
wielkości za późno
drapieżny
jamnik tenorem urzędu
inną postać tli się w każdej postaci
sprężyna
krzyk zarasta bulwary
jakie pytanie taka krew
pośród lodów arktyki
mruga pogrzebacz
obłok
bagnista ujada rzęsa
snu muszlo nasza
but cebulowy nerwicy
świat nie do oderwania od wzroku
przez nieszczelne i przestarzałe rurociągi
kominiarz bez ćwierci
i wszystkie noże posmarowane jodyną
ogromny ptak w locie nad czarnymi falami morza
innego ratunku nie ma
w kiełbasie
mgłą
smród to marka gówna uśmiech człowieka
w czerwonej pieczarze
na połamanym krześle
w trakcie przedrzeźniania mew
borówką
z turkusowym kamieniem
wypełniony treścią ropną
audrey hepburn siedzi przy pustym stole
obraduje
nie do oderwania od pustki
śnieg wymiotuje
wąs wchodzi do rzeki wraca zadbana kukurydza
żyrafy
wandale podlewają kwiatki
ryba połyskującą w nasłonecznionej wodzie
prawda nie jest taka
żmija
przez trojańskie pola
w szyfonowej sukni
szpak w puszce wieczór nietknięty
deszcz korbką malowany
biegnie
kakao
masło się stara
widząc że nie ma nikogo
w trakcie inspekcji stepów ateńskich
chuj odziedziczył naród
rybą
pęknięty
wędrowny rzeźnik żarówek rozsiewacz
grad
paznokieć
i szczypiące trawę jelenie
twarzą ostemplowany
małpa śpiewająca na drzewie
śmierć – długo się na nią czeka ale warto
kalarepa
kto zdechnie wcześniej?
55 milionów lat świetlnych od nas
światła krwią
na odludnej wyspie
szklany krokodyl pięknieje w popłochu
pod wpływem oczywistego cudu
tygrys
kalafiorowe madonny w doniczkach tv
najważniejsze to zwłoki nieistotnego
pięknie się wije
w trakcie podchodzania do lądowania w krwistym kisielu sławy
w pomidorowej
niepodłączony
wszystko jesteśmy tylko spójnikami
ostatnia prosta krzywizna
david attenborough poświadcza
chodziłam po tamtym świecie
cierń oka szelest
wielkości wiatru zdeptanego z szyby
proboszczem
kura lepka kangur przewrócony władza drań
łotr na apostole uchylając powiekę
masz imię – jesteś fikcją
są światła widzialne i nie
gdzie popadnie
ukłony
w półmroku
w uśmiechu poręcznym
nie będąc w stanie oczyścić się z gnoju
drobinkami nigdy
widłoząb miotlasty
żal do czyszczenia zdrętwiałych wyobraźni
rekin
jest nierozsłowny widnokrąg
krawiec w postaci ulewy
teofan grek maluje koronkowe majtki
statek
i drobne konkrementy żółciowe
piach rozkwita
powraca
szczur szczurowi proboszczem zamawia frytki
leżał owad w locie
tenorem
sową
obywatele istnieją by służyć państwu
fiołkowy
musisz to zobaczyć
pilota
do obrywania liści posągom
baranku boży
jack kerouac wchodzi do łóżka helen weaver
noc o krok do zatopienia
czyha
obelga całkowicie naprężony w wodzie
przez cały listopad
zawsze nas coś omija
pęcherz moczowy o gładkich zarysach
krokodyl
mowa ciała sekunda
alpinista w futrze na antenie
w trakcie zaciągania się do spowiedzi
każdy punkt widzenia jest tak samo dobry
siekierą
mężczyzna leży płasko na brzuchu kobiety
puszczyk zanurza się śniegu
nieruchomo
dialekt dzierżawi rolnika
na linii lewki – hajnówka
ambitna mucha w podróży dookoła brzęku
w kompletnej ciemności pod wodą
kangur
igła w oko puka
z niegojącą się raną pachwiny
zdyszany szpieg w istocie olejek
w przebłysku samotności
torpedą
każdy się rodzi we własnej przepaści
w porządku własnym
lawa ostrzy sobie język
piłkarzy chorych na aids
rycerz na koninie
patelnia wyglądająca jak żywa
drapieżny zemdlał tygrys
szlagierem biegnie udręka
425 mln lat temu
w trakcie zabliźniania się skrzydeł na moście
po północnej stronie krateru schröter
w kropli
gdzie jest dżem?
prześcieradło się po nim lepi
a początek nie ma końca
gniazda ech czarnych
konduktor
bóg nie do oderwania od wszy
dziecko i narośl
burzy się jagnię zapina szelki
dziurawy fortepian widzi
żadnego teraz żadnego nigdy
huśtawka
paryżanka
człowiek nie widzi tylko rozpoznaje
kurz śpi na talerzu i pogrzebie
nieziemskiej urody
ze stali niepojętej
nasz adres:
z ręką na sercu
dozgonnie powleczony nadzieją
przemieszcza się kura olbrzyma
świnie samotne bez parasola
nietknięty
zręcznie
bez oczu
larwa
kwiaty plują
życie to nic z tych rzeczy
w postaci rosy
w miłości najpiękniejsze jest to że mija
tocząc rzeki źródłom na pożarcie
o ośmiu wargach
również wystaje z każdej rzeczy
wartość tuczna i rzeźna
do góry nogami
praca czyni kopią
odra zabiła matkę
w czeskiej wiosce
niewyklepany przez otoczenie
mięso bez wspomnień
wyzwolony
słoń na druty tyje
karaluch ciepły jabłkowy
kobieta w czerwonym skafandrze prowadzi rower wzdłuż płotu
w domu schadzek
i inne niepodobne
za pomocą gdyby
melania trump odwiedza sierociniec
w czasie wytrysku
pokrzywie dłoń wyrasta
szympanse przeglądają się w oknach
kotem
dźwig do suszenia sutann
piorun
morze karłów przewozi oliwa
przewrócony
koza spoglądajaca na drzewo
księżyc zgasło
shah jahan ma na sobie gruby różowy płaszcz
w halce
drzewo bez kapelusza
ukryty w przymrozku
a pan daleko?
w trakcie rozmowy z trądem przez wannę
do mądrości się przytrafia
osioł zbankrutowanym kotem
tako rzeczą czamorro
na sam widok pruskiej piechoty w żelaznym spokoju ruszającej do ataku
koniec przebiega najpierw
nie ma sposobu na to co dzieje się tylko raz
muskularny zad
ręka sunie po udzie
gnojanka żółtawa
najeżony
pędzi
głaz bezgłowego pilota szkoli
pieśń bez rękawa
aorta brzuszna nieposzerzona
w trakcie obojętności
tajny piorun ostrzy mocarstwa
w drodze do po nic
krew jest potrzebna do barwienia asfaltu
piła olbrzyma weryfikuje
o prawidłowej echostrukturze
sens przebywa zdala od gramatyki
motyl w postaci cielska
słowa wdychają się przez inne
wyprostowany bez odpowiedzi
włóczka podwórek
w futrze
ludzie składają się prasują i zanoszą do pracy
w klatce
stąd że nie ma żadnego stąd
słowo jest miejscem w które czas się przebiera
mandolina zamiast wiosny
snu
idiota wyje pomidory
w każdej postaci
nie do oderwania od mroku
tli się
czeluść ma na imię oklaski
na tylnych łapach
karaluch
nigdzie dociera wszędzie przed czasem
śpiewa zabita pluskiewką
chwiliwarta
na szczycie wysokiego źdźbła trawy
w locie
lotnisko rozsypane mucha wyzwolony
płonie
lufcikiem
albrecht dürer płynie na zelandię
dziś to baśń bez dna
w miniówie
niechcący
czy znasz swoje miejsce w łańcuchu pokarmowym?
każda rzecz jest żadna
wiosłują
plemniki dojrzewają w najądrzach
sarna spotyka sarnę
szpak
pyskaty krucyfiks
porcelanowa strzelanina
biegnie przez grząski jesienny las
w puszce
jest taki pociąg dlaczego
proszę zamknąć oczy gitarze
w trakcie włamywaniu zębów
kosmos ma miejsce w lupie
koleją 8 tygodni samolotem 12 lat
tramwajem zarosłe
po dwóch sekundach
wszystko się wyjaśni po czasie nikomu
wilgotna
czas się w nas umówił z nikim
kreda przywiązuje moczary
krążąc wokół ziemi
podasz mi wolną wolę?
mielony
ja do rzeźni jadę
nim się pojawi
do przekręcania słów w niewidzialnych zamkach
wyrasta
jakie to piękne!
w obcisłej spódnicy
w trakcie paraliżowania strachu maślanką natchnienia
w lustrze
nurek składany nikomu
myśl mieszka drobinkami nigdy
józef haller na welocypedzie mknie przez podole
powiesiła się
hotel kamienny scyzoryk
człowiek służy też do podlewania ziemi
porostnica wielokształtna
srebrnokulawy
byk
pomachajcie tatusiowi
drogą polna
w powiększeniu
w nikąd dorosły
czas się spieszy bo się spóźnił na lekkość
mucha
daleko mu do spiewu płetwali
kropla przerywa węgorza
zamazana
są jeszcze wiece do zdrapywania łez
oby bozia dał
bez kolców
przenajświętsza jest msza mijania się na ulicy
policjant lufcikiem brutalnie zwleka
zajebiście ubrani robotnicy wychodzą z fabryki
czarna cykada chwyta się gałęzi
w kierunku macicy
szczudeł tupot
świat zaczyna się zawsze więc zjawia za późno
w milczenie zawinięte
strzępek błyszczący
tonie
jest są bogiem zwyczajnie bezgłowym
melanoma malignum
brzegiem i krwią
dzwonnica bez kałuży
sromotnik bezwstydny
klacz gęsta mnóstwo wdowy pełznie
ciemniejący w światło
wygląda ze smoczej jamy
jedno jest pewne
szklany