aorta raz

aorta brzuszna nieposzerzona
za pomocą gdyby
albrecht dürer płynie na zelandię
pięknie się wije
wygląda ze smoczej jamy
srebrnokulawy
drobinkami nigdy
krawiec w postaci ulewy
w locie
pokaż zęby i popatrz na mnie
melania trump odwiedza sierociniec
oczodołami
drobinkami
jest nierozsłowny widnokrąg
powiesiła się
porostnica wielokształtna
nigdzie dociera wszędzie przed czasem
tajny piorun ostrzy mocarstwa
przenajświętsza jest msza mijania się na ulicy
policjant lufcikiem brutalnie zwleka
obraduje
proszę zamknąć oczy gitarze
kobieta w czerwonym skafandrze prowadzi rower wzdłuż płotu
los się do nikogo uśmiecha
przez nieszczelne i przestarzałe rurociągi
mydło
rekin
człowiek nie widzi tylko rozpoznaje
blizna dokonuje osoby
józef haller na welocypedzie mknie przez podole
czyha
krowa
mucha
szympanse przeglądają się w oknach
włóczka podwórek
wyzwolony
karaluch
u którego lęku mieszkasz?
piach rozkwita
dzwonnica bez kałuży
w obcisłej spódnicy
każda rzecz jest żadna
wilgotna
w półmroku
w czeskiej wiosce
w kierunku macicy
motyl w postaci cielska
osioł zbankrutowanym kotem
jej ciało oplatają węże
to maska rozpaczy
w postaci rosy
kurz śpi na talerzu i pogrzebie
sową
ciemniejący w światło
szpak
księżyc zgasło
dziecko i narośl
na interesujących spółkę kierunkach
tygrys
w klatce
przemieszcza się kura olbrzyma
biegnie przez grząski jesienny las
niepodłączony
w domu schadzek
tramwajem zarosłe
świat zaczyna się zawsze więc zjawia za późno
jaskrawiec zwodniczy
piła olbrzyma weryfikuje
nieziemskiej urody
ukłony
nie do oderwania od mroku
sprężyna
z ręką na sercu
ręka sunie po udzie
są światła widzialne i nie
tako rzeczą czamorro
czarna cykada chwyta się gałęzi
cytat nakręca mydło
w miniówie
człowiek służy też do podlewania ziemi
sarna spotyka sarnę
zamazana
piękno ostatnim człowiekiem na ziemi
bez kolców
skoro
w studni
niewidzialne łączy świat na części
o ośmiu wargach
strzępek błyszczący
snu
but cebulowy nerwicy
w czasie wytrysku
lotnisko
czarne plamki na liściach klonowych
najeżony
mandolina zamiast wiosny
czy znasz swoje miejsce w łańcuchu pokarmowym?
kalafiorowe madonny w doniczkach tv
harfa
teraz obietnica
również wystaje z każdej rzeczy
ze stali niepojętej
w przebłysku samotności
kotem
porcelanowa strzelanina
w miłości najpiękniejsze jest to że mija
na szczycie wysokiego źdźbła trawy
marek grechuta jest zastrzeżonym znakiem towarowym
nurek składany nikomu
krążąc wokół ziemi
światła krwią
rycerz na koninie
larwa
mieszka drobinkami
olbrzyma
w halce
na tylnych łapach
huśtawka
karaluch ciepły jabłkowy
leżał owad w locie
w futrze
wrośniak szorstki
biegnie
drapieżny
dziś to baśń bez dna
daleko mu do spiewu płetwali
na schodach
i drobne konkrementy żółciowe
drapieżny zemdlał tygrys
wyprostowany bez odpowiedzi
kakao
a początek nie ma końca
statek
wszystko jesteśmy tylko spójnikami
w kolorze ukrytym
55 milionów lat świetlnych od nas
dozgonnie powleczony nadzieją
krokodyl
byk
kolejne dziecko utonęło w strumieniu
w trakcie podchodzania do lądowania w krwistym kisielu sławy
do mądrości się przytrafia
słowa wdychają się przez inne
nie do oderwania od pustki
kobra
jest są bogiem zwyczajnie bezgłowym
po północnej stronie krateru schröter
wiosłują
alpinista w futrze na antenie
salony meblowe szczekają w zwolnionym tempie
odra zabiła matkę
kropla przerywa węgorza
ryba połyskującą w nasłonecznionej wodzie
płonie
na linii lewki – hajnówka
żadnego teraz żadnego nigdy
olej na płótnie
krew jest potrzebna do barwienia asfaltu
w kompletnej ciemności pod wodą
snu muszlo nasza
pilota
jabłonki
bez oczu
gnojanka żółtawa
z niegojącą się raną pachwiny
w milczenie zawinięte
lotnisko rozsypane mucha wyzwolony
w trakcie przedrzeźniania mew
osioł
w rzeczywistości
są jeszcze wiece do zdrapywania łez
jamnik tenorem urzędu
ambitna mucha w podróży dookoła brzęku
praca czyni kopią
czeluść ma na imię oklaski
nerwicy
sromotnik bezwstydny
zawsze nas coś omija
żal do czyszczenia zdrętwiałych wyobraźni
wędrowny rzeźnik żarówek rozsiewacz
po dwóch sekundach
do przekręcania słów w niewidzialnych zamkach
tli się
w trakcie zaciągania się do spowiedzi
kwiaty plują
paryżanka
nasz adres:
w uśmiechu poręcznym
w trakcie włamywaniu zębów kwantowych
innego ratunku nie ma
nie będąc w stanie oczyścić się z gnoju
obsesji
ukryty w przymrozku
szczudeł tupot
w trakcie zabliźniania się skrzydeł na moście
widłoząb miotlasty
do obrywania liści posągom
w szyfonowej sukni
fale uderzają o latarnię
jest taki pociąg dlaczego
obłok
i wszystkie noże posmarowane jodyną
burzy się jagnię zapina szelki
kochanek
każdy punkt widzenia jest tak samo dobry
szczur szczurowi proboszczem zamawia frytki
słoń na druty tyje
bagnista ujada rzęsa
tocząc rzeki źródłom na pożarcie
krzyk zarasta bulwary
plemniki dojrzewają w najądrzach
kto zdechnie wcześniej?
lufcikiem
głaz bezgłowego pilota szkoli
koniec przebiega najpierw
brzegiem i krwią
z turkusowym kamieniem
słowo jest miejscem w które czas się przebiera
śnieg wymiotuje
pomachajcie tatusiowi
i inne niepodobne
rybą
pokryte meszkiem
dźwig do suszenia sutann
do góry nogami
zajebiście ubrani robotnicy wychodzą z fabryki
425 mln lat temu
wypełniony treścią ropną
a pewnego dnia masturbując się na placu targowym oświadczył
powraca
blizna
twarzą ostemplowany
niewyklepany przez otoczenie
wąs wchodzi do rzeki wraca zadbana kukurydza
szpak w puszce wieczór nietknięty
fiołkowy
w pomidorowej
trzustka prawidłowej wielkości
w kiełbasie
szklany
chodziłam po tamtym świecie
ludzie składają się prasują i zanoszą do pracy
konduktor
w zwolnionym tempie
proboszczem
człowiek jest w sobie tylko z lotu ptaka
fryzura bez kierowcy
człowiek nie do oderwania od smyczy
na odludnej wyspie
błękitny
ja do rzeźni jadę
nieruchomo
kangur
przez cały listopad
w trakcie paraliżowania strachu maślanką natchnienia
żyrafy
jeż
i szczypiące trawę jelenie
mielony
okoliczności
borówką
puszczyk zanurza się śniegu
na połamanym krześle
pęknięty
smród to marka gówna uśmiech człowieka
kalarepa
w masarni za sławę można kupić siebie
zręcznie
małpa śpiewająca na drzewie
pod wpływem oczywistego cudu
jabłonki wychodzą z nor
kto jest ojcem dżdżu?
najczyściejszej próby
temu winien
kominiarz bez ćwierci
światła
na sam widok pruskiej piechoty w żelaznym spokoju ruszającej do ataku
chuj odziedziczył naród
muskularny zad
patelnia wyglądająca jak żywa
zawadził
czas się w nas umówił z nikim
bóg nie do oderwania od wszy
dziurawy fortepian widzi
bez parasola
mruga pogrzebacz
z paniką
nagi bez klucza
wyje
deszcz korbką malowany
widząc że nie ma nikogo
grad
w każdej postaci
żmija
flanela
przewrócony
ogromny ptak w locie nad czarnymi falami morza
w czerwonej pieczarze
gdzie jest dżem?
przez trojańskie pola
chwiliwarta
pęcherz moczowy o gładkich zarysach
torpedą
myśl mieszka drobinkami nigdy
teofan grek maluje koronkowe majtki
rzęsa
głód bez kolców
rozpędzona do prędkości 28 000 km na godzinę
piłkarzy chorych na aids
tonie
szklany krokodyl pięknieje w popłochu
musisz to zobaczyć
w powiększeniu
kosmos ma miejsce w lupie
jeż czyha w zakonie
w garażu
taka jest sprawiedliwość
oby bozia dał
podrapana
każdy się rodzi we własnej przepaści
dążąc do doskonałości
paznokieć
mowa ciała sekunda
jakie to piękne!
śmierć – długo się na nią czeka ale warto
w porządku własnym
koza spoglądajaca na drzewo
w drodze do po nic
pyskaty krucyfiks
w kropli
wartość tuczna i rzeźna
masło się stara
ostatnia stroma królewna
w trakcie rozmowy z trądem przez wannę
david attenborough poświadcza
obelga całkowicie naprężony w wodzie
mgłą
szpileczka czerniejąca
obywatele istnieją by służyć państwu
papieża
dialekt dzierżawi rolnika
jedno jest pewne
stąd że nie ma żadnego stąd
pośród lodów arktyki
mężczyzna leży płasko na brzuchu kobiety
jack kerouac wchodzi do łóżka helen weaver
na antenie
pokrzywie dłoń wyrasta
nietknięty
życie to nic z tych rzeczy
drogą polna
w trakcie obojętności
w lustrze
inną postać tli się w każdej postaci
pyskaty
tenorem
siekierą
w okrutnej litanii
koleją 8 tygodni samolotem 12 lat
w trakcie inspekcji stepów ateńskich
łotr na apostole uchylając powiekę
kura lepka kangur przewrócony władza drań
świat nie do oderwania od wzroku
szczur
pędzi
piorun
jakie pytanie taka krew
wchodzi
w podmiejskiej kolejce
hotel kamienny scyzoryk
gdzie popadnie
czas się spieszy bo się spóźnił na lekkość
gigantyczny
baranku boży
wandale podlewają kwiatki
w puszce
idiota wyje pomidory
wszystko się wyjaśni po czasie nikomu
audrey hepburn siedzi przy pustym stole
w przebraniu
igła w oko puka
zdyszany szpieg w istocie olejek
o prawidłowej echostrukturze
nim się pojawi
wyrasta
shah jahan ma na sobie gruby różowy płaszcz
prześcieradło się po nim lepi
morze karłów przewozi oliwa
szczerze
a pan daleko?
nie ma sposobu na to co dzieje się tylko raz