425 mln lat w locie

425 mln lat temu
dozgonnie powleczony nadzieją
mruga pogrzebacz
kurz śpi na talerzu i pogrzebie
szpak w puszce wieczór nietknięty
zamazana
jabłonki
żmija
krowa
audrey hepburn siedzi przy pustym stole
w uśmiechu poręcznym
aorta brzuszna nieposzerzona
bez kolców
na tylnych łapach
pomachajcie tatusiowi
kakao
pędzi
dziurawy fortepian widzi
szklany krokodyl pięknieje w popłochu
i inne niepodobne
w trakcie paraliżowania strachu maślanką natchnienia
blizna dokonuje osoby
ze stali niepojętej
na sam widok pruskiej piechoty w żelaznym spokoju ruszającej do ataku
siekierą
olej na płótnie
mowa ciała sekunda
obłok
piła olbrzyma weryfikuje
do obrywania liści posągom
borówką
widząc że nie ma nikogo
blizna
statek
w kiełbasie
jakie pytanie taka krew
shah jahan ma na sobie gruby różowy płaszcz
fikołkiem właśnie
hotel kamienny scyzoryk
widłoząb miotlasty
mucha
idiota wyje pomidory
drapieżny zemdlał tygrys
krawiec w postaci ulewy
pokrzywie dłoń wyrasta
mielony
w futrze
fiołkowy
zawadził
szczur
kura lepka kangur przewrócony władza drań
szympanse przeglądają się w oknach
przenajświętsza jest msza mijania się na ulicy
osioł zbankrutowanym kotem
z paniką
w trakcie inspekcji stepów ateńskich
z turkusowym kamieniem
chwiliwarta
wchodzi
koleją 8 tygodni samolotem 12 lat
nagi bez klucza
rekin
tajny piorun ostrzy mocarstwa
jest nierozsłowny widnokrąg
nasz adres:
masło się stara
mężczyzna leży płasko na brzuchu kobiety
szklany
głód bez kolców
temu winien
w trakcie zabliźniania się skrzydeł na moście
bóg nie do oderwania od wszy
o ośmiu wargach
nie będąc w stanie oczyścić się z gnoju
nigdzie dociera wszędzie przed czasem
szczur szczurowi proboszczem zamawia frytki
są jeszcze wiece do zdrapywania łez
lotnisko rozsypane mucha wyzwolony
zdyszany szpieg w istocie olejek
gdzie popadnie
gniazda ech czarnych
jeż czyha w zakonie
drogą polna
obsesji
gdzie jest dżem?
i szczypiące trawę jelenie
czy znasz swoje miejsce w łańcuchu pokarmowym?
przez trojańskie pola
okoliczności
sową
piłkarzy chorych na aids
krążąc wokół ziemi
paryżanka
lufcikiem
pośród lodów arktyki
wandale podlewają kwiatki
w kierunku macicy
i drobne konkrementy żółciowe
tako rzeczą czamorro
w powiększeniu
w czerwonej pieczarze
błękitny
nietknięty
w locie
wyje
z niegojącą się raną pachwiny
w milczenie zawinięte
huśtawka
wilgotna
w trakcie rozmowy z trądem przez wannę
grad
śnieg wymiotuje
w lustrze
kalarepa
każda rzecz jest żadna
kosmos ma miejsce w lupie
gigantyczny
odra zabiła matkę
bez oczu
szpileczka czerniejąca
prześcieradło się po nim lepi
czarna cykada chwyta się gałęzi
dialekt dzierżawi rolnika
przewrócony
drzewo bez kapelusza
taka jest sprawiedliwość
byk
głaz bezgłowego pilota szkoli
jechałem na wróbelku jechałem sam
pyskaty
kto zdechnie wcześniej?
w garażu
nim się pojawi
świat nie do oderwania od wzroku
wąs wchodzi do rzeki wraca zadbana kukurydza
pokaż zęby i popatrz na mnie
wielkości niezapisanej myśli
koza spoglądajaca na drzewo
flanela
kotem
nie do oderwania od pustki
światła
i wszystkie noże posmarowane jodyną
to maska rozpaczy
puszczyk zanurza się śniegu
w czeskiej wiosce
oczodołami
wygląda ze smoczej jamy
pilota
albrecht dürer płynie na zelandię
łotr na apostole uchylając powiekę
śmierć – długo się na nią czeka ale warto
tramwajem zarosłe
krew jest potrzebna do barwienia asfaltu
po północnej stronie krateru schröter
w zwolnionym tempie
na antenie
david attenborough poświadcza
koniec przebiega najpierw
w puszce
twarzą ostemplowany
w drodze do po nic
dziś to baśń bez dna
wszystko jesteśmy tylko spójnikami
po dwóch sekundach
w trakcie zaciągania się do spowiedzi
w trakcie przedrzeźniania mew
drobinkami
na odludnej wyspie
ogromny ptak w locie nad czarnymi falami morza
w przebłysku samotności
tenorem
człowiek nie do oderwania od smyczy
muskularny zad
najeżony
burzy się jagnię zapina szelki
na linii lewki – hajnówka
ludzie składają się prasują i zanoszą do pracy
jest są bogiem zwyczajnie bezgłowym
ręka sunie po udzie
kobieta w czerwonym skafandrze prowadzi rower wzdłuż płotu
a początek nie ma końca
świat zaczyna się zawsze więc zjawia za późno
pięknie się wije
mgłą
baranku boży
jabłonki wychodzą z nor
kropla przerywa węgorza
przez nieszczelne i przestarzałe rurociągi
w półmroku
melania trump odwiedza sierociniec
olbrzyma
obywatele istnieją by służyć państwu
do przekręcania słów w niewidzialnych zamkach
sprężyna
wyrasta
józef haller na welocypedzie mknie przez podole
a pan daleko?
drapieżny
człowiek służy też do podlewania ziemi
teofan grek maluje koronkowe majtki
kominiarz bez ćwierci
człowiek nie widzi tylko rozpoznaje
ryba połyskującą w nasłonecznionej wodzie
tli się
policjant lufcikiem brutalnie zwleka
jaskrawiec zwodniczy
na schodach
w kropli
karaluch ciepły jabłkowy
do góry nogami
kolejne dziecko utonęło w strumieniu
deszcz korbką malowany
proboszczem
obelga całkowicie naprężony w wodzie
kangur
w trakcie obojętności
nie ma sposobu na to co dzieje się tylko raz
nieruchomo
plemniki dojrzewają w najądrzach
szczudeł tupot
na połamanym krześle
powiesiła się
w klatce
piach rozkwita
dążąc do doskonałości
larwa
srebrnokulawy
księżyc zgasło
czyha
szczerze
czarne plamki na liściach klonowych
piorun
zawsze nas coś omija
jamnik tenorem urzędu
w czasie wytrysku
niewidzialne łączy świat na części
gnojanka żółtawa
przemieszcza się kura olbrzyma
sromotnik bezwstydny
igła w oko puka
krzyk zarasta bulwary
życie to nic z tych rzeczy
55 milionów lat świetlnych od nas
inną postać tli się w każdej postaci
każdy się rodzi we własnej przepaści
salony meblowe szczekają w zwolnionym tempie
słoń na druty tyje
tonie
jest są
w postaci rosy
oby bozia dał
najczyściejszej próby
mandolina zamiast wiosny
w podmiejskiej kolejce
powraca
w kompletnej ciemności pod wodą
snu muszlo nasza
w domu schadzek
wyzwolony
kochanek
chuj odziedziczył naród
paznokieć
zręcznie
wrośniak szorstki
w rzeczywistości
cytat nakręca mydło
szpak
w pomidorowej
but cebulowy nerwicy
morze karłów przewozi oliwa
szyja inwazji krocze
rycerz na koninie
alpinista w futrze na antenie
pyskaty krucyfiks
sarna spotyka sarnę
u którego lęku mieszkasz?
torpedą
nerwicy
słowo jest miejscem w które czas się przebiera
praca czyni kopią
słowa wdychają się przez inne
najważniejsze to zwłoki nieistotnego
w porządku własnym
ambitna mucha w podróży dookoła brzęku
w obcisłej spódnicy
żal do czyszczenia zdrętwiałych wyobraźni
musisz to zobaczyć
wartość tuczna i rzeźna
na szczycie wysokiego źdźbła trawy
biegnie przez grząski jesienny las
biegnie
strzępek błyszczący
w trakcie włamywaniu zębów
jakie to piękne!
w kolorze ukrytym
patelnia wyglądająca jak żywa
żyrafy
stąd że nie ma żadnego stąd
rzęsa
niewyklepany przez otoczenie
pęcherz moczowy o gładkich zarysach
jack kerouac wchodzi do łóżka helen weaver
wędrowny rzeźnik żarówek rozsiewacz
karaluch
cierń oka szelest
myśl mieszka drobinkami nigdy
człowiek jest w sobie tylko z lotu ptaka
fryzura bez kierowcy
ciemniejący w światło
wielkości wiatru zdeptanego z szyby
dzwonnica bez kałuży
włóczka podwórek
wielkości za późno
bagnista ujada rzęsa
nieziemskiej urody
konduktor
wszystko się wyjaśni po czasie nikomu
z ręką na sercu
w trakcie podchodzania do lądowania w krwistym kisielu sławy
czas się spieszy bo się spóźnił na lekkość
wiosłują
motyl w postaci cielska
krokodyl
pęknięty
potwór przysięga
każdy punkt widzenia jest tak samo dobry
również wystaje z każdej rzeczy
w przebraniu
wyprostowany bez odpowiedzi
smród to marka gówna uśmiech człowieka
ukryty w przymrozku
harfa
daleko mu do spiewu płetwali
masz imię – jesteś fikcją
śpiewa zabita pluskiewką
światła krwią
zajebiście ubrani robotnicy wychodzą z fabryki
osioł
ukłony
kobra
w miłości najpiękniejsze jest to że mija
ja do rzeźni jadę
chodziłam po tamtym świecie
snu
płonie
czas się w nas umówił z nikim
obraduje
pod wpływem oczywistego cudu
kalafiorowe madonny w doniczkach tv
ostatnia stroma królewna
lotnisko
tocząc rzeki źródłom na pożarcie
proszę zamknąć oczy gitarze
rybą
za pomocą gdyby
w miniówie
dozgonnie
innego ratunku nie ma
w halce
mydło
w szyfonowej sukni
w okrutnej litanii
jedno jest pewne
czeluść ma na imię oklaski
o prawidłowej echostrukturze
kwiaty plują
żadnego teraz żadnego nigdy
jeż
w każdej postaci
małpa śpiewająca na drzewie
do mądrości się przytrafia
świnie samotne bez parasola
nie do oderwania od mroku
przez cały listopad
są światła widzialne i nie
porcelanowa strzelanina
nurek składany nikomu
niepodłączony
tygrys
dziecko i narośl
drobinkami nigdy
wypełniony treścią ropną
jest taki pociąg dlaczego
dźwig do suszenia sutann
papieża
w studni
jej ciało oplatają węże
porostnica wielokształtna
i topi się amédée
brzegiem i krwią
leżał owad w locie