szklany jabłonki

szklany krokodyl pięknieje w popłochu
przez trojańskie pola
w przebłysku samotności
rzęsa
pod wpływem oczywistego cudu
pęknięty
czas się w nas umówił z nikim
w miłości najpiękniejsze jest to że mija
czarna cykada chwyta się gałęzi
słowo jest miejscem w które czas się przebiera
józef haller na welocypedzie mknie przez podole
dozgonnie powleczony nadzieją
człowiek służy też do podlewania ziemi
oczodołami
odra zabiła matkę
w trakcie zabliźniania się skrzydeł na moście
życie to nic z tych rzeczy
kochanek
jest taki pociąg dlaczego
a pewnego dnia masturbując się na placu targowym oświadczył
grad
jest są bogiem zwyczajnie bezgłowym
strzępek błyszczący
jej ciało oplatają węże
szklany
aorta brzuszna nieposzerzona
jamnik tenorem urzędu
audrey hepburn siedzi przy pustym stole
plemniki dojrzewają w najądrzach
ryba połyskującą w nasłonecznionej wodzie
proszę zamknąć oczy gitarze
pomachajcie tatusiowi
kotem
szpak
tocząc rzeki źródłom na pożarcie
słowa wdychają się przez inne
krzyk zarasta bulwary
na tylnych łapach
a pan daleko?
biegnie przez grząski jesienny las
świat nie do oderwania od wzroku
krew jest potrzebna do barwienia asfaltu
mielony
salony meblowe szczekają w zwolnionym tempie
czeluść ma na imię oklaski
zręcznie
piła olbrzyma weryfikuje
masło się stara
brzegiem i krwią
w drodze do po nic
podrapana
porcelanowa strzelanina
koleją 8 tygodni samolotem 12 lat
drobinkami
bez oczu
mężczyzna leży płasko na brzuchu kobiety
snu
śnieg wymiotuje
w każdej postaci
lufcikiem
obywatele istnieją by służyć państwu
chuj odziedziczył naród
kobra
mruga pogrzebacz
w puszce
w rzeczywistości
gdzie popadnie
motyl w postaci cielska
inną postać tli się w każdej postaci
papieża
torpedą
myśl mieszka drobinkami nigdy
obsesji
obraduje
w klatce
425 mln lat temu
dzwonnica bez kałuży
fryzura bez kierowcy
łotr na apostole uchylając powiekę
w trakcie inspekcji stepów ateńskich
fiołkowy
kosmos ma miejsce w lupie
do góry nogami
w czeskiej wiosce
szczur
pośród lodów arktyki
nieziemskiej urody
są światła widzialne i nie
w szyfonowej sukni
wandale podlewają kwiatki
w przebraniu
dziurawy fortepian widzi
w trakcie paraliżowania strachu maślanką natchnienia
igła w oko puka
wrośniak szorstki
pięknie się wije
każdy się rodzi we własnej przepaści
rybą
wszystko jesteśmy tylko spójnikami
za pomocą gdyby
koniec przebiega najpierw
płonie
na odludnej wyspie
zamazana
karaluch
wielkości za późno
drapieżny zemdlał tygrys
jeż
przez cały listopad
policjant lufcikiem brutalnie zwleka
tenorem
pokrzywie dłoń wyrasta
w czerwonej pieczarze
tygrys
paznokieć
wędrowny rzeźnik żarówek rozsiewacz
światła
czarne plamki na liściach klonowych
krążąc wokół ziemi
kominiarz bez ćwierci
kura lepka kangur przewrócony władza drań
david attenborough poświadcza
obelga całkowicie naprężony w wodzie
porostnica wielokształtna
w uśmiechu poręcznym
szympanse przeglądają się w oknach
ogromny ptak w locie nad czarnymi falami morza
tramwajem zarosłe
w postaci rosy
wyprostowany bez odpowiedzi
mgłą
na połamanym krześle
osioł zbankrutowanym kotem
pyskaty krucyfiks
55 milionów lat świetlnych od nas
najeżony
w halce
mucha
gdzie jest dżem?
w kierunku macicy
pęcherz moczowy o gładkich zarysach
każda rzecz jest żadna
wilgotna
piorun
nie będąc w stanie oczyścić się z gnoju
los się do nikogo uśmiecha
przemieszcza się kura olbrzyma
dźwig do suszenia sutann
byk
lotnisko rozsypane mucha wyzwolony
blizna
wypełniony treścią ropną
proboszczem
lotnisko
olej na płótnie
dziś to baśń bez dna
w pomidorowej
kto jest ojcem dżdżu?
w powiększeniu
rycerz na koninie
statek
niewyklepany przez otoczenie
z turkusowym kamieniem
melania trump odwiedza sierociniec
do obrywania liści posągom
nie do oderwania od mroku
olbrzyma
drobinkami nigdy
krokodyl
jeż czyha w zakonie
piach rozkwita
wielkości wiatru zdeptanego z szyby
dążąc do doskonałości
jack kerouac wchodzi do łóżka helen weaver
księżyc zgasło
puszczyk zanurza się śniegu
słoń na druty tyje
mowa ciała sekunda
harfa
tako rzeczą czamorro
tonie
okoliczności
śmierć – długo się na nią czeka ale warto
w kompletnej ciemności pod wodą
w locie
koza spoglądajaca na drzewo
w masarni za sławę można kupić siebie
żal do czyszczenia zdrętwiałych wyobraźni
piłkarzy chorych na aids
najczyściejszej próby
wyrasta
wchodzi
tajny piorun ostrzy mocarstwa
muskularny zad
chodziłam po tamtym świecie
mandolina zamiast wiosny
dialekt dzierżawi rolnika
kolejne dziecko utonęło w strumieniu
bez kolców
w studni
patelnia wyglądająca jak żywa
burzy się jagnię zapina szelki
bez parasola
powiesiła się
do mądrości się przytrafia
jaskrawiec zwodniczy
na schodach
sarna spotyka sarnę
snu muszlo nasza
błękitny
kakao
w podmiejskiej kolejce
ludzie składają się prasują i zanoszą do pracy
również wystaje z każdej rzeczy
marek grechuta jest zastrzeżonym znakiem towarowym
leżał owad w locie
w miniówie
zawsze nas coś omija
shah jahan ma na sobie gruby różowy płaszcz
ze stali niepojętej
do przekręcania słów w niewidzialnych zamkach
szczudeł tupot
borówką
żadnego teraz żadnego nigdy
but cebulowy nerwicy
człowiek nie do oderwania od smyczy
o prawidłowej echostrukturze
kalafiorowe madonny w doniczkach tv
powraca
stąd że nie ma żadnego stąd
niewidzialne łączy świat na części
morze karłów przewozi oliwa
człowiek jest w sobie tylko z lotu ptaka
alpinista w futrze na antenie
kto zdechnie wcześniej?
czyha
widłoząb miotlasty
wielkości niezapisanej myśli
deszcz korbką malowany
i wszystkie noże posmarowane jodyną
nagi bez klucza
nietknięty
szczerze
krowa
małpa śpiewająca na drzewie
niepodłączony
kwiaty plują
i drobne konkrementy żółciowe
w trakcie obojętności
hotel kamienny scyzoryk
jakie pytanie taka krew
po północnej stronie krateru schröter
wąs wchodzi do rzeki wraca zadbana kukurydza
sową
drogą polna
wyje
a początek nie ma końca
nim się pojawi
w kropli
w domu schadzek
przenajświętsza jest msza mijania się na ulicy
nieruchomo
nurek składany nikomu
i szczypiące trawę jelenie
w milczenie zawinięte
zdyszany szpieg w istocie olejek
obłok
przez nieszczelne i przestarzałe rurociągi
ciemniejący w światło
szpak w puszce wieczór nietknięty
pyskaty
gigantyczny
idiota wyje pomidory
z ręką na sercu
ambitna mucha w podróży dookoła brzęku
najważniejsze to zwłoki nieistotnego
jest nierozsłowny widnokrąg
tli się
to maska rozpaczy
i inne niepodobne
kobieta w czerwonym skafandrze prowadzi rower wzdłuż płotu
włóczka podwórek
drapieżny
fale uderzają o latarnię
blizna dokonuje osoby
widząc że nie ma nikogo
jabłonki wychodzą z nor
głaz bezgłowego pilota szkoli
każdy punkt widzenia jest tak samo dobry
srebrnokulawy
o ośmiu wargach
szpileczka czerniejąca
pędzi
sprężyna
zawadził
żmija
na szczycie wysokiego źdźbła trawy
teofan grek maluje koronkowe majtki
w trakcie rozmowy z trądem przez wannę
gnojanka żółtawa
czy znasz swoje miejsce w łańcuchu pokarmowym?
w trakcie włamywaniu zębów
pilota
światła krwią
siekierą
twarzą ostemplowany
smród to marka gówna uśmiech człowieka
bóg nie do oderwania od wszy
daleko mu do spiewu płetwali
taka jest sprawiedliwość
z niegojącą się raną pachwiny
chwiliwarta
w półmroku
człowiek nie widzi tylko rozpoznaje
bagnista ujada rzęsa
wartość tuczna i rzeźna
osioł
w trakcie przedrzeźniania mew
ręka sunie po udzie
musisz to zobaczyć
z paniką
ja do rzeźni jadę
w garażu
kurz śpi na talerzu i pogrzebie
w futrze
świat zaczyna się zawsze więc zjawia za późno
praca czyni kopią
przewrócony
rozpędzona do prędkości 28 000 km na godzinę
ukryty w przymrozku
nigdzie dociera wszędzie przed czasem
kropla przerywa węgorza
albrecht dürer płynie na zelandię
w kolorze ukrytym
nasz adres:
oby bozia dał
pokaż zęby i popatrz na mnie
nerwicy
na sam widok pruskiej piechoty w żelaznym spokoju ruszającej do ataku
w zwolnionym tempie
w obcisłej spódnicy
huśtawka
w porządku własnym
na linii lewki – hajnówka
jakie to piękne!
w okrutnej litanii
wiosłują
u którego lęku mieszkasz?
w trakcie podchodzania do lądowania w krwistym kisielu sławy
mydło
żyrafy
karaluch ciepły jabłkowy
larwa
wyzwolony
po dwóch sekundach
głód bez kolców
w czasie wytrysku
baranku boży
ostatnia stroma królewna
czas się spieszy bo się spóźnił na lekkość
są jeszcze wiece do zdrapywania łez
ukłony
kalarepa
w trakcie zaciągania się do spowiedzi
jedno jest pewne
paryżanka
flanela
rekin
kangur
wygląda ze smoczej jamy
na antenie
szczur szczurowi proboszczem zamawia frytki
temu winien
dziecko i narośl
sromotnik bezwstydny
biegnie
w lustrze
cytat nakręca mydło
innego ratunku nie ma
wszystko się wyjaśni po czasie nikomu
skoro
konduktor
prześcieradło się po nim lepi
w kiełbasie
krawiec w postaci ulewy
nie do oderwania od pustki
zajebiście ubrani robotnicy wychodzą z fabryki
nie ma sposobu na to co dzieje się tylko raz
teraz obietnica
jabłonki