rekin lat temu

rekin
na połamanym krześle
musisz to zobaczyć
ogromny ptak w locie nad czarnymi falami morza
fiołkowy
srebrnokulawy
w drodze do po nic
szczur szczurowi proboszczem zamawia frytki
słowa wdychają się przez inne
również wystaje z każdej rzeczy
a początek nie ma końca
policjant lufcikiem brutalnie zwleka
biegnie przez grząski jesienny las
i wszystkie noże posmarowane jodyną
wyrasta
koza spoglądajaca na drzewo
w miłości najpiękniejsze jest to że mija
rzęsa
łzawnik rozciekliwy
proboszczem
plemeniem
jabłonki wychodzą z nor
w szyfonowej sukni
niewyklepany przez otoczenie
przez trojańskie pola
w trakcie przedrzeźniania mew
jest taki pociąg dlaczego
kalarepa
grad
biegnie
zajebiście ubrani robotnicy wychodzą z fabryki
karaluch ciepły jabłkowy
morze karłów przewozi oliwa
jamnik tenorem urzędu
nie do oderwania od pustki
świat zaczyna się zawsze więc zjawia za późno
w kiełbasie
siekierą
człowiek jest tym którym nie chce być
żyrafy
dozgonnie powleczony nadzieją
przewrócony
w powiększeniu
bananów
blizna dokonuje osoby
księżyc zgasło
brzegiem i krwią
rozszczepka pospolita
gnojanka żółtawa
drapieżny
fryzura bez kierowcy
jedno jest pewne
gdzie popadnie
hotel kamienny scyzoryk
dialekt dzierżawi rolnika
ziemią przysypana
kakao
samica już odbyta
motyl w postaci cielska
na schodach
pokrzywie dłoń wyrasta
piorun
żadnego teraz żadnego nigdy
pionowne
larwa
tygrys
kangur
wiosłują
po północnej stronie krateru schröter
strzępek błyszczący
koleją 8 tygodni samolotem 12 lat
bóg nie do oderwania od wszy
gdzie jest dżem?
są jeszcze wiece do zdrapywania łez
mucha
w postaci ulewy
tonie
tenorem
ze stali niepojętej
snu muszlo nasza
świat nie do oderwania od wzroku
mielony
pęknięty
zawsze nas coś omija
a ty do której masarni należysz?
sową
krążąc wokół ziemi
czas się w nas umówił z nikim
nietknięty
o prawidłowej echostrukturze
w czerwonej pieczarze
w półmroku
do zatopienia
rycerz na koninie
szpak w puszce wieczór nietknięty
nie będąc w stanie oczyścić się z gnoju
słoń na druty tyje
światła krwią
w kropli
statek
daleko mu do spiewu płetwali
lotnisko rozsypane mucha wyzwolony
lotnisko
kotem
patelnia wyglądająca jak żywa
snu
tocząc rzeki źródłom na pożarcie
i inne niepodobne
okazało się że to prawda
pilota
sarna spotyka sarnę
karaluch
i szczypiące trawę jelenie
gmatwica chropowata
borówką
szklany
pośród lodów arktyki
obłok
najczyściejszej próby
olej na płótnie
w postaci krzywej
wchodzi
a pan daleko?
w futrze
wandale podlewają kwiatki
nigdzie dociera wszędzie przed czasem
tli się
obywatele istnieją by służyć państwu
czarne plamki na liściach klonowych
wczesnopierzasta
nie ma sposobu na to co dzieje się tylko raz
w przebłysku samotności
sprężyna
wszystko się wyjaśni po czasie nikomu
krowa
człowiek nie do oderwania od smyczy
w każdej postaci
puszczyk zanurza się śniegu
nagi bez klucza
okoliczności
o ośmiu wargach
drogą polna
w studni
w domu schadzek
w rzeczywistości
chodziłam po tamtym świecie
harfa
przez nieszczelne i przestarzałe rurociągi
piła olbrzyma weryfikuje
bagnista ujada rzęsa
mgłą
w przebraniu
rozpędzona do prędkości 28 000 km na godzinę
mydło
obsesji
mruga pogrzebacz
w czasie wytrysku
przebiega
jeż
drapieżny zemdlał tygrys
szympanse przeglądają się w oknach
widząc że nie ma nikogo
prześcieradło się po nim lepi
światła
u którego lęku mieszkasz?
śmigło do przeszczepiania głów
taka jest sprawiedliwość
olbrzyma
pędzi
wartość tuczna i rzeźna
kosmos ma miejsce w lupie
na antenie
szczur
rybą
ogromnieje do pustki
nieruchomo
w milczenie zawinięte
ludzie składają się prasują i zanoszą do pracy
w trakcie paraliżowania strachu maślanką natchnienia
wąs wchodzi do rzeki wraca zadbana kukurydza
nurek składany nikomu
chuj odziedziczył naród
w kierunku macicy
w garażu
wyje
pyskaty
po dwóch sekundach
i drobne konkrementy żółciowe
trzustka prawidłowej wielkości
pyskaty krucyfiks
każda rzecz jest żadna
albrecht dürer płynie na zelandię
lufcikiem
w lustrze
krew jest potrzebna do barwienia asfaltu
innego ratunku nie ma
dostojny popłochem
jaskrawiec zwodniczy
w trakcie obojętności
plemniki dojrzewają w najądrzach
pęcherz moczowy o gładkich zarysach
agrest pada
kwiaty plują
zawadził
na odludnej wyspie
cytat nakręca mydło
w locie
józef haller na welocypedzie mknie przez podole
mężczyzna leży płasko na brzuchu kobiety
ambitna mucha w podróży dookoła brzęku
przemieszcza się kura olbrzyma
w porządku własnym
łotr na apostole uchylając powiekę
nieziemskiej urody
szczebiota mięso
sromotnik bezwstydny
w halce
tramwajem zarosłe
szczudeł tupot
niepodłączony
szpileczka czerniejąca
ryba połyskującą w nasłonecznionej wodzie
szklany krokodyl pięknieje w popłochu
praca czyni kopią
powiesiła się
widłoząb miotlasty
ciemniejący w światło
burzy się jagnię zapina szelki
śnieg wymiotuje
huśtawka
bez kolców
odra zabiła matkę
audrey hepburn siedzi przy pustym stole
w uśmiechu poręcznym
w czeskiej wiosce
teofan grek maluje koronkowe majtki
masło się stara
płonie
z ręką na sercu
powraca
kochanek
kalafiorowe madonny w doniczkach tv
alpinista w futrze na antenie
ręka sunie po udzie
każdy się rodzi we własnej przepaści
leżał owad w locie
mowa ciała sekunda
człowiek służy też do podlewania ziemi
przez cały listopad
wędrowny rzeźnik żarówek rozsiewacz
życie to nic z tych rzeczy
wyprostowany bez odpowiedzi
tajny piorun ostrzy mocarstwa
w pomidorowej
w kolorze ukrytym
jest nierozsłowny widnokrąg
kura lepka kangur przewrócony władza drań
rozsypane
paznokieć
nerwicy
jakie to piękne!
do góry nogami
czy znasz swoje miejsce w łańcuchu pokarmowym?
piłkarzy chorych na aids
pna linii lewki – hajnówka
oby bozia dał
jej ciało oplatają węże
paryżanka
bagnista
inną postać tli się w każdej postaci
shah jahan ma na sobie gruby różowy płaszcz
jeż czyha w zakonie
jest są bogiem zwyczajnie bezgłowym
każdy punkt widzenia jest tak samo dobry
czarna cykada chwyta się gałęzi
człowiek nie widzi tylko rozpoznaje
bez parasola
kominiarz bez ćwierci
larwa plemeniem podrapana
z niegojącą się raną pachwiny
szczerze
wilgotna
zręcznie
żmija
jabłonki
stąd że nie ma żadnego stąd
w obcisłej spódnicy
w trakcie inspekcji stepów ateńskich
kobra
z paniką
czyha
55 milionów lat świetlnych od nas
pomachajcie tatusiowi
wrośniak szorstki
są światła widzialne i nie
do przekręcania słów w niewidzialnych zamkach
krzyk zarasta bulwary
zamazana
na sam widok pruskiej piechoty w żelaznym spokoju ruszającej do ataku
porostnica wielokształtna
gigantyczny
byk
bez oczu
błyskotliwy łagodnie duchowny mruga pogrzebacz
nim się pojawi
w podmiejskiej kolejce
igła w oko puka
krawiec w postaci ulewy
piach rozkwita
jack kerouac wchodzi do łóżka helen weaver
proszę zamknąć oczy gitarze
chmura
sława
pokryte meszkiem
nie do oderwania od mroku
wyzwolony
wypełniony treścią ropną
ukryty w przymrozku
kobieta w czerwonym skafandrze prowadzi rower wzdłuż płotu
włóczka podwórek
dzwonnica bez kałuży
do mądrości się przytrafia
smród to marka gówna uśmiech człowieka
wszystko jesteśmy tylko spójnikami
porcelanowa strzelanina
melania trump odwiedza sierociniec
osioł
dziecko i narośl
chwiliwarta
idiota wyje pomidory
głód bez kolców
ja do rzeźni jadę
muskularny zad
wygląda ze smoczej jamy
kropla przerywa węgorza
temu winien
aorta brzuszna nieposzerzona
osioł zbankrutowanym kotem
w ciarkach zniewagi
nasz adres:
czas się spieszy bo się spóźnił na lekkość
z turkusowym kamieniem
igła
szpak
baranku boży
małpa śpiewająca na drzewie
papieża
dziś to baśń bez dna
but cebulowy nerwicy
na tylnych łapach
do obrywania liści posągom
w klatce
kolejne dziecko utonęło w strumieniu
oczodołami
jeden zrobił to nawet dwukrotnie
błękitny
obraduje
twarzą ostemplowany
flanela
w miniówie
pięknie się wije
jakie pytanie taka krew
torpedą
david attenborough poświadcza
najeżony
w puszce
dziurawy fortepian widzi
tako rzeczą czamorro
słowo jest miejscem w które czas się przebiera
przewrócony
buja pomarańcz orkiestrą
śnieg wymiotuje
czym zbierać czas?
o ośmiu wargach
dziecko i narośl
samica już odbyta
w postaci krzywej
kobieta w czerwonym skafandrze prowadzi rower wzdłuż płotu
życie to nic z tych rzeczy
rozpędzona do prędkości 28 000 km na godzinę
w miłości najpiękniejsze jest to że mija
szpak w puszce wieczór nietknięty
chciałabym umrzeć
ręka sunie po udzie
nigdzie dociera wszędzie przed czasem
w lustrze
wyrasta
stąd że nie ma żadnego stąd
olbrzyma
po północnej stronie krateru schröter
zawiedziony
twarzą ostemplowany
w zakonie
w czeskiej wiosce
jest są bogiem zwyczajnie bezgłowym
spadł w jej paszczę
pośród lodów arktyki
wnikliwa
żadnego teraz żadnego nigdy
obsesji
taka jest sprawiedliwość
karaluch
grad
fiołkowy
drapieżny zemdlał tygrys
tako rzeczą czamorro
odra zabiła matkę
jakie pytanie taka krew
dziś to baśń bez dna
mężczyzna leży płasko na brzuchu kobiety
któremu stadu się kłaniasz?
kroczy
spod babiej góry
wygrywa ten kto głębiej zapomina
spadzisty poranek
w kropli
sława
józef haller na welocypedzie mknie przez podole
pięknieje
huśtawka
cytat nakręca mydło
czas się w nas umówił z nikim
rzęsa
morze karłów przewozi oliwa
kalafiorowe madonny w doniczkach tv
czas się spieszy bo się spóźnił na lekkość
o prawidłowej echostrukturze
mydło
lufcikiem
rakietą
powraca
kotem
wiosłują
albrecht dürer płynie na zelandię
patelnia wyglądająca jak żywa
we śnie
harfa
w trakcie inspekcji stepów ateńskich
wygląda ze smoczej jamy
żyrafy
koleją 8 tygodni samolotem 12 lat
również wystaje z każdej rzeczy
kosmos ma miejsce w lupie
koza spoglądajaca na drzewo
do zatopienia
parasol
teofan grek maluje koronkowe majtki
burzy się jagnię zapina szelki
tygrys
z turkusowym kamieniem
głęboka żmija
chmura
w wylęgarni kwiaty plują
rekin
chropowaty snu naszyjnik
stuka
każdy punkt widzenia jest tak samo dobry
powiesiła się
żmija
na antenie
w nikąd dorosły
na tylnych łapach
osioł zbankrutowanym kotem
nie do oderwania od wzroku
z paniką
korniszon
słoń na druty tyje
konduktor
kobieta leży na plecach luźno opuszczając nogi
lotnisko
sunie
albo postać rozlana
jeż
ze stali niepojętej
tenorem
nurek składany nikomu
ma sześć ramion
krzyk zarasta bulwary
armata
w drodze do po nic
gdzie popadnie
dzwonnica bez kałuży
naprawdę istnieją tylko mniemania
surowy
zadziorna brzoza w miniówie
nie do oderwania od śmierci
sąsiad
piłkarzy chorych na aids
gorliwa
blizna
mowa ciała sekunda
sedno bez izolacji
zdolne do niewysuwania wniosków
wędrowny rzeźnik żarówek rozsiewacz
tym co wyrzucisz tym będziesz lżejszy
wypełniony treścią ropną
w naczyniu
podrapana
bagnista ujada rzęsa
w trakcie przedrzeźniania mew
o wieczność się napotyka
świat nie do oderwania od wzroku
wchodzi
na schodach
w rzeczywistości
bez parasola
gigantyczny
zręcznie
głód
brzegiem i krwią
a ty do której masarni należysz?
prześcieradło się po nim lepi
klacz
w miniówie
w nosie
w klatce
włóczka podwórek
niewyklepany przez otoczenie
krótkochwiły
mgłą
ogromny ptak w locie nad czarnymi falami morza
marszałek zaśnieżonych w gumowej w kiełbasie
i brak obojczyka
david attenborough poświadcza
sylaby
leżał owad w locie
snu
domysłem świat świeci
w postaci ulewy
trzustka prawidłowej wielkości
wyprostowany bez odpowiedzi
ptak się kończy
drogą polna
i wszystkie noże posmarowane jodyną
rybą
bez kolców
obywatele istnieją by służyć państwu
albo postać do góry nogami
w pomidorowej
obłok
szklany
oby bozia dał
szczerze
nieziemskiej urody
jedno jest pewne
klacz gęsta mnóstwo wdowy pełznie
bananów
w przebraniu
nerwicy
tajfun
na odludnej wyspie
jakie to piękne!
głaz bezgłowego pilota szkoli
tocząc rzeki źródłom na pożarcie
jamnik tenorem urzędu
przez trojańskie pola
fryzura bez kierowcy
cebulowy
idiota wyje pomidory
kangur
siekierą
psychiatra na słupie w smoczku zbyt krótkim
głęboka
puszczyk zanurza się śniegu
czarna cykada chwyta się gałęzi
kura lepka kangur przewrócony władza drań
wszystko jesteśmy tylko spójnikami
pęcherz moczowy o gładkich zarysach
policjant lufcikiem brutalnie zwleka
w kolorze ukrytym
biegnie
po dwóch sekundach
praca czyni kopią
czy znasz swoje miejsce w łańcuchu pokarmowym?
poduszka bez falochronu
karaluch ciepły jabłkowy
proszę zamknąć oczy gitarze
czyha
człowiek nie widzi tylko rozpoznaje
to obietnica śmierci
albo postać nieprzewidziana
pokrzywie dłoń wyrasta
przecięta
piracki balkon żąda pilota
w locie
i drobne konkrementy żółciowe
w czerwonej pieczarze
ciało ma postać stróżki
pokrywka
albo postać nieważna
w garażu
pod wpływem oczywistego cudu
jej ciało oplatają węże
kto zdechnie wcześniej?
z niegojącą się raną pachwiny
do przekręcania słów w niewidzialnych zamkach
księżyc zgasło
chuj odziedziczył naród
są światła widzialne i nie
niewymyty przez wieki
w gardle
kochanek
statek
chuj
wyzwolony
okɔliczności
w halce
deszcz korbką malowany
nagi bez klucza
wiadro
krowa
szczur szczurowi proboszczem zamawia frytki
ciemny
gdzie jest dżem?
człowiek nie do oderwania od smyczy
taczka do włosów
zamazana
i szczypiące trawę jelenie
jeden zrobił to nawet dwukrotnie
kakao
w czasie wytrysku
i inne niepodobne
słowo jest miejscem w które czas się przebiera
kropla przerywa węgorza
w podmiejskiej kolejce
wąs wchodzi do rzeki wraca zadbana kukurydza
bez oczu
w uśmiechu poręcznym
albo postać porzucona
obdarty
smród to marka gówna uśmiech człowieka
drapieżny
agrest pada
w trakcie obojętności
plemeniem
jest nierozsłowny widnokrąg
w trakcie zaciągania się do spowiedzi
przez cały listopad
muskularny zad
but cebulowy nerwicy
w kolejce do ścięcia
paryżanka
dialekt dzierżawi rolnika
hotel kamienny scyzoryk
albo postać połamana
pilota
wandale podlewają kwiatki
sarna spotyka sarnę
nie do oderwania od szczęścia
ukryty w przymrozku
gryzie
zawadził
kalarepa
albo postać odwrócona
człowiek służy też do podlewania ziemi
nie do oderwania od pustki
w podróży
klapki
w domu schadzek
paznokieć
w każdej postaci
w cenie
kura
kolejne dziecko utonęło w strumieniu
w obcisłej spódnicy
sól
sprężyna
pędzi
to najlepsza ochrona przed zarazą
ciemniejący w światło
oczodołami
piękno ostatnim człowiekiem na ziemi
zawsze nas coś omija
szklany krokodyl pięknieje w popłochu
szczur
pomachajcie tatusiowi
nie ma sposobu na to co dzieje się tylko raz
krokodyl
niepodłączony
jest taki pociąg dlaczego
a pan daleko?
szczebiota mięso
w postaci rosy
bagnista
błękitny
dozgonnie powleczony nadzieją
wysmukła
igła
inną postać tli się
jego wysokość
najeżony
świat zaczyna się zawsze więc zjawia za późno
tramwajem zarosłe
łotr na apostole uchylając powiekę
szpak
jabłonki wychodzą z nor
kwiaty plują
kobra
pyskaty
w studni
biegnie przez grząski jesienny las
w półmroku
mandolina zamiast wiosny
do obrywania liści posągom
ludzie składają się prasują i zanoszą do pracy
piach rozkwita
szaleniec
blizna dokonuje osoby
papieża
innego ratunku nie ma
wszystko się wyjaśni po czasie nikomu
w wilczurze
wydają się ślepo przecinać niebo
do góry nogami
jak wyglądało prawdziwe życie
do mądrości się przytrafia
rozsypane
musisz to zobaczyć
ryba połyskującą w nasłonecznionej wodzie
szympanse przeglądają się w oknach
głód bez kolców
mucha
człowiek jest tym którym nie chce być
w powiększeniu
wagonów
pyskaty krucyfiks
porcelanowa strzelanina
czarne plamki na liściach klonowych
która jajowodem zmierza
wagonów widelec w pobliżu błądzi
za miastem
w porządku własnym
drzewa
pokryte meszkiem
osioł
nie do oderwania od mroku
o niej chmarzy ziemia
na trzecim piętrze
larwa
ambitna mucha w podróży dookoła brzęku
nieruchomo
widząc że nie ma nikogo
plemniki dojrzewają w najądrzach
każdy się rodzi we własnej przepaści
daleko mu do spiewu płetwali
rycerz na koninie
odciskiem w duszy
borówką
zaśnieżonych
sową
okazało się że to prawda
425 mln lat temu
obraduje
w trakcie zabliźniania się skrzydeł na moście
słowa wdychają się przez inne
tonie
w milczenie zawinięte
albo postać już niepotrzebna
krążąc wokół ziemi
na sam widok pruskiej piechoty w żelaznym spokoju ruszającej do ataku
nie będąc w stanie oczyścić się z gnoju
co to jest jak
albo postać na niebie
bóg nie do oderwania od wszy
w futrze
to kruchość jest złotem
ukłony
srebrnokulawy
na połamanym krześle
wyje
lotnisko rozsypane mucha wyzwolony
w trakcie przybijania brzegów do wspomnień
wczesnopierzasta
przebiega
przemieszcza się kura olbrzyma
dziurawy fortepian widzi
pokrywka w bażancie stuka
małpa śpiewającą na drzewie
w puszce
kobra nacina przyjęcie
zagląda matce pod majtki
ja do rzeźni jadę
moknie dziewczęca drużyna
masło się stara
z ręką na sercu
dziurawy
światła krwią
w szyfonowej sukni
w trakcie paraliżowania strachu maślanką natchnienia
jeż czyha w zakonie
szczudeł tupot
głowa bez tacy
mielony
chodziłam po tamtym świecie
zadziorna
w kiełbasie
szczur otyłe z ręką na sercu okrąża drzewa
flanela
alpinista w futrze na antenie
w wylęgarni
rzesza wyjątek
potem dziecko jest już tylko na części
panna młoda w rogu sali jeszcze
chwiliwarta
przez nieszczelne i przestarzałe rurociągi
kominiarz bez ćwierci
melania trump odwiedza sierociniec
55 milionów lat świetlnych od nas
proboszczem
są jeszcze wiece do zdrapywania łez
audrey hepburn siedzi przy pustym stole
byk
w trakcie rozmowy z trądem przez wannę
wilgotna
igła w oko puka
pięknie się wije
piła olbrzyma weryfikuje
nietknięty
pęknięty
poranek
koniec przebiega najpierw
znalazły dziewczynkę
nim się pojawi
brzmi
olej na płótnie
u którego lęku mieszkasz?
a początek nie ma końca
z człowieka wyczyszczony
noc o krok do zatopienia
torpedą
jabłonki
larwa plemeniem podrapana
światła
temu winien
do barwienia asfaltu
płonie
aorta brzuszna nieposzerzona
policjant
zajebiście ubrani robotnicy wychodzą z fabryki
wartość tuczna i rzeźna
snu muszlo nasza
jack kerouac wchodzi do łóżka helen weaver
shah jahan ma na sobie gruby różowy płaszcz
konduktor
koniec przebiega najpierw
w postaci rosy
w trakcie rozmowy z trądem przez wannę
w pułapce miar
kto zdechnie wcześniej?
mandolina zamiast wiosny
ukłony
obdarty
blizna
głaz bezgłowego pilota szkoli
krokodyl
pod wpływem oczywistego cudu
deszcz korbką malowany
425 mln lat temu