jakie to proboszczem

jakie to piękne!
dźwig do suszenia sutann
piach rozkwita
torpedą
jabłonki wychodzą z nor
każda rzecz jest żadna
do przekręcania słów w niewidzialnych zamkach
piłkarzy chorych na aids
ogromny ptak w locie nad czarnymi falami morza
powiesiła się
w kiełbasie
gdzie popadnie
myśl mieszka drobinkami nigdy
głaz bezgłowego pilota szkoli
wrośniak szorstki
wyzwolony
księżyc zgasło
krew jest potrzebna do barwienia asfaltu
rekin
mężczyzna leży płasko na brzuchu kobiety
obłok
jest taki pociąg dlaczego
w puszce
człowiek jest w sobie tylko z lotu ptaka
małpa śpiewająca na drzewie
karaluch
a początek nie ma końca
dialekt dzierżawi rolnika
błękitny
światła krwią
mydło
puszczyk zanurza się śniegu
i szczypiące trawę jelenie
po dwóch sekundach
wielkości za późno
na tylnych łapach
rozpędzona do prędkości 28 000 km na godzinę
kurz śpi na talerzu i pogrzebie
brzegiem i krwią
425 mln lat temu
albrecht dürer płynie na zelandię
masło się stara
najeżony
zawsze nas coś omija
w każdej postaci
teraz obietnica
borówką
w rzeczywistości
w obcisłej spódnicy
o ośmiu wargach
w szyfonowej sukni
muskularny zad
w zwolnionym tempie
jack kerouac wchodzi do łóżka helen weaver
w podmiejskiej kolejce
musisz to zobaczyć
szpak w puszce wieczór nietknięty
tonie
fiołkowy
w trakcie podchodzania do lądowania w krwistym kisielu sławy
zawadził
w przebraniu
na linii lewki – hajnówka
drogą polna
w czasie wytrysku
w futrze
blizna
byk
wszystko się wyjaśni po czasie nikomu
i wszystkie noże posmarowane jodyną
patelnia wyglądająca jak żywa
ukryty w przymrozku
z turkusowym kamieniem
biegnie przez grząski jesienny las
drobinkami
na szczycie wysokiego źdźbła trawy
kura lepka kangur przewrócony władza drań
przemieszcza się kura olbrzyma
kobieta w czerwonym skafandrze prowadzi rower wzdłuż płotu
wchodzi
dziś to baśń bez dna
szczerze
kosmos ma miejsce w lupie
najważniejsze to zwłoki nieistotnego
kto jest ojcem dżdżu?
w garażu
karaluch ciepły jabłkowy
srebrnokulawy
koniec przebiega najpierw
na schodach
harfa
kobra
z ręką na sercu
lotnisko
konduktor
snu muszlo nasza
kotem
są jeszcze wiece do zdrapywania łez
w miłości najpiękniejsze jest to że mija
o prawidłowej echostrukturze
mgłą
są światła widzialne i nie
szklany krokodyl pięknieje w popłochu
odra zabiła matkę
świat zaczyna się zawsze więc zjawia za późno
przenajświętsza jest msza mijania się na ulicy
józef haller na welocypedzie mknie przez podole
teofan grek maluje koronkowe majtki
taka jest sprawiedliwość
u którego lęku mieszkasz?
czarne plamki na liściach klonowych
jest nierozsłowny widnokrąg
nerwicy
nasz adres:
na odludnej wyspie
słowo jest miejscem w które czas się przebiera
szklany
nie do oderwania od mroku
baranku boży
dziurawy fortepian widzi
inną postać tli się w każdej postaci
pilota
słoń na druty tyje
w drodze do po nic
plemniki dojrzewają w najądrzach
nie ma sposobu na to co dzieje się tylko raz
człowiek nie widzi tylko rozpoznaje
to maska rozpaczy
skoro
obsesji
w okrutnej litanii
chwiliwarta
w milczenie zawinięte
tramwajem zarosłe
porostnica wielokształtna
pęcherz moczowy o gładkich zarysach
marek grechuta jest zastrzeżonym znakiem towarowym
bez kolców
szpak
jeż
prześcieradło się po nim lepi
stąd że nie ma żadnego stąd
larwa
przez nieszczelne i przestarzałe rurociągi
pięknie się wije
w kolorze ukrytym
drobinkami nigdy
ambitna mucha w podróży dookoła brzęku
piorun
nie do oderwania od pustki
hotel kamienny scyzoryk
do mądrości się przytrafia
w miniówie
idiota wyje pomidory
w powiększeniu
czy znasz swoje miejsce w łańcuchu pokarmowym?
kropla przerywa węgorza
salony meblowe szczekają w zwolnionym tempie
nigdzie dociera wszędzie przed czasem
człowiek służy też do podlewania ziemi
gnojanka żółtawa
obywatele istnieją by służyć państwu
przez trojańskie pola
wielkości niezapisanej myśli
i inne niepodobne
żal do czyszczenia zdrętwiałych wyobraźni
drapieżny zemdlał tygrys
w trakcie przedrzeźniania mew
tli się
ostatnia stroma królewna
ludzie składają się prasują i zanoszą do pracy
a pewnego dnia masturbując się na placu targowym oświadczył
55 milionów lat świetlnych od nas
strzępek błyszczący
osioł zbankrutowanym kotem
bagnista ujada rzęsa
łotr na apostole uchylając powiekę
dozgonnie
wszystko jesteśmy tylko spójnikami
porcelanowa strzelanina
melania trump odwiedza sierociniec
zamazana
mielony
włóczka podwórek
w kompletnej ciemności pod wodą
wąs wchodzi do rzeki wraca zadbana kukurydza
kto zdechnie wcześniej?
również wystaje z każdej rzeczy
w postaci rosy
papieża
ze stali niepojętej
niewidzialne łączy świat na części
bez oczu
wyprostowany bez odpowiedzi
w trakcie obojętności
szpileczka czerniejąca
gdzie jest dżem?
ciemniejący w światło
kakao
blizna dokonuje osoby
pędzi
deszcz korbką malowany
cytat nakręca mydło
szczur szczurowi proboszczem zamawia frytki
rybą
paryżanka
kalarepa
płonie
w studni
innego ratunku nie ma
pomachajcie tatusiowi
każdy punkt widzenia jest tak samo dobry
każdy się rodzi we własnej przepaści
policjant lufcikiem brutalnie zwleka
twarzą ostemplowany
ukłony
widząc że nie ma nikogo
koleją 8 tygodni samolotem 12 lat
dążąc do doskonałości
kochanek
nie będąc w stanie oczyścić się z gnoju
w uśmiechu poręcznym
paznokieć
nietknięty
nieruchomo
jakie pytanie taka krew
pod wpływem oczywistego cudu
w lustrze
w półmroku
statek
ryba połyskującą w nasłonecznionej wodzie
motyl w postaci cielska
w trakcie rozmowy z trądem przez wannę
na sam widok pruskiej piechoty w żelaznym spokoju ruszającej do ataku
mucha
dziecko i narośl
do góry nogami
w domu schadzek
w porządku własnym
tocząc rzeki źródłom na pożarcie
a pan daleko?
piła olbrzyma weryfikuje
olbrzyma
krokodyl
wygląda ze smoczej jamy
zajebiście ubrani robotnicy wychodzą z fabryki
lotnisko rozsypane mucha wyzwolony
tajny piorun ostrzy mocarstwa
morze karłów przewozi oliwa
człowiek nie do oderwania od smyczy
temu winien
za pomocą gdyby
zręcznie
w kierunku macicy
nim się pojawi
przez cały listopad
jedno jest pewne
obraduje
w klatce
pyskaty
biegnie
snu
pęknięty
niewyklepany przez otoczenie
w czerwonej pieczarze
najczyściejszej próby
w trakcie zaciągania się do spowiedzi
jamnik tenorem urzędu
do obrywania liści posągom
lufcikiem
sprężyna
kwiaty plują
wiosłują
jej ciało oplatają węże
krowa
jest są bogiem zwyczajnie bezgłowym
w trakcie zabliźniania się skrzydeł na moście
czas się spieszy bo się spóźnił na lekkość
zdyszany szpieg w istocie olejek
ja do rzeźni jadę
czeluść ma na imię oklaski
pokaż zęby i popatrz na mnie
wędrowny rzeźnik żarówek rozsiewacz
wypełniony treścią ropną
osioł
nurek składany nikomu
szczudeł tupot
nieziemskiej urody
w trakcie inspekcji stepów ateńskich
z niegojącą się raną pachwiny
wyrasta
wartość tuczna i rzeźna
w czeskiej wiosce
mandolina zamiast wiosny
z paniką
alpinista w futrze na antenie
drapieżny
gigantyczny
szympanse przeglądają się w oknach
chuj odziedziczył naród
śmierć – długo się na nią czeka ale warto
wielkości wiatru zdeptanego z szyby
żadnego teraz żadnego nigdy
szczur
huśtawka
aorta brzuszna nieposzerzona
igła w oko puka
przewrócony
i drobne konkrementy żółciowe
dzwonnica bez kałuży
cierń oka szelest
tako rzeczą czamorro
krzyk zarasta bulwary
siekierą
żyrafy
krawiec w postaci ulewy
światła
sarna spotyka sarnę
mowa ciała sekunda
praca czyni kopią
żmija
w kropli
kangur
świat nie do oderwania od wzroku
na połamanym krześle
podrapana
sową
flanela
słowa wdychają się przez inne
w halce
pośród lodów arktyki
but cebulowy nerwicy
pokrzywie dłoń wyrasta
powraca
obelga całkowicie naprężony w wodzie
oby bozia dał
w trakcie włamywaniu zębów
bóg nie do oderwania od wszy
burzy się jagnię zapina szelki
wilgotna
daleko mu do spiewu płetwali
smród to marka gówna uśmiech człowieka
tygrys
rzęsa
pyskaty krucyfiks
audrey hepburn siedzi przy pustym stole
kalafiorowe madonny w doniczkach tv
ręka sunie po udzie
tenorem
w przebłysku samotności
jabłonki
kolejne dziecko utonęło w strumieniu
w trakcie paraliżowania strachu maślanką natchnienia
los się do nikogo uśmiecha
dozgonnie powleczony nadzieją
po północnej stronie krateru schröter
david attenborough poświadcza
rycerz na koninie
wyje
w pomidorowej
okoliczności
chodziłam po tamtym świecie
olej na płótnie
kominiarz bez ćwierci
krążąc wokół ziemi
jeż czyha w zakonie
oczodołami
wandale podlewają kwiatki
czarna cykada chwyta się gałęzi
leżał owad w locie
proszę zamknąć oczy gitarze
czyha
nagi bez klucza
sromotnik bezwstydny
jaskrawiec zwodniczy
śnieg wymiotuje
fale uderzają o latarnię
bez parasola
fryzura bez kierowcy
mruga pogrzebacz
grad
głód bez kolców
niepodłączony
koza spoglądajaca na drzewo
czas się w nas umówił z nikim
shah jahan ma na sobie gruby różowy płaszcz
na antenie
życie to nic z tych rzeczy
widłoząb miotlasty
w locie
proboszczem